Powietrze

“Lecz widać można żyć bez powietrza”, śpiewała Ewa Demarczyk słowami Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej w jednej z najpiękniejszych piosenek o miłości. Czy naprawdę można żyć bez powietrza?

Przed przyjazdem do Wietnamu nie zastanawialiśmy się nigdy nad powietrzem. Tu powietrze stało się kwestia bardzo istotna, bo generalnie cały czas jest coś z nim nie tak.

Jednym z większych rozczarowań na początku naszego pobytu tutaj było to, że kiedy kończą się dantejskie upały w październiku i temperatury staja się bardziej znośne, za to nieznośne staje się powietrze. Jednego dnia jest tak, że człowiek się lepi a przy każdym pochyleniu głowy czuje delikatny smrodek wydobywający się z zakamarków własnego ciała i trzyma się łokcie blisko siebie żeby za bardzo pach nie uwalniać. Tydzień później już jest fajnie, bo można nawet długie spodnie ubrać, ale za to instynktownie zasłania się twarz kawałkiem garderoby przed wiszącą w powietrzu śmierdzącą mgłą.

W połowie października zaczęły mi doskwierać bóle głowy, które już od rana czułam ukryte gdzieś w głębi czaszki i które w ciągu dnia rozlewały się na skronie. Po dwóch tygodniach regularnego wrzucania musującego paracetamolu do szklanki koło godziny 15.00 zaczęłam się niepokoić. Nasza wietnamska pani do pomocy zaczęła mi pewnego ranka wyjaśniać coś na temat mongolskiego wiatru, który o tej porze roku wpływa na nastrój i zdrowie. A ponieważ ta poczciwa kobieta jest wyjątkowo religijna, wciąż leczy sama się jakimiś dziwnymi dietami z ryżu i w rezultacie waży jedynie 35 kg, stwierdziłam, że to jakieś zupełne brednie naszej lekko nawiedzonej pani Phan. Ale o dziwo wietnamscy koledzy w pracy stwierdzili ze jasne, że to pora kiedy wieje mongolski wiatr, który wpływa na ciśnienie tętnicze, powodując często uporczywe bóle głowy. No voilà miałam odpowiedz, czułam się bardzo pocieszona, że to nie cos poważnego, ale wiatr z Mongolii jasna sprawa (trochę daleko ta Mongolia jednak..). No, ale to oznaczało, że znowu trzeba unikać powietrza.

Każdego dnia w Wietnamie uczymy się, że powietrze jest złe i musimy się przed nim bronić. Nie da się tak po prostu otworzyć okna i zaczerpnąć powietrza. Kiedy jest gorące i lepiące latem, wpełza do domu jak jakaś magma i zabiera drogo wygenerowane przed 10 klimatyzatorów zimno. Gdyby miało wtedy kolor, wyglądałoby jak ‘slime’, którym bawią się dzieci, oblepiający wszystko dookoła. Zimą śmierdzi dymem i spalinami. Powoli marzeniem staje się tak prozaiczna czynność jak wywietrzenie pokoju, otworzenie szeroko okna rano, żeby poczuć zapach poranka, wywietrzyć zapoconą pościel i odetchnąć pełną piersią. My nie wietrzymy domu miesiącami… śpimy w tym samym wydawałoby się pozbawionym tlenu powietrza i swoich zapachach. Zapach spalonego posiłku utrzymuje się w mieszkanie kilka dni. Głównym powodem, oprócz jakości powietrza są oczywiście komary, wydaje się, że wykorzystają każdą minutę otwartych drzwi żeby wedrzeć się do środka i potem trzeba je gonić po czterech kondygnacjach i wybić do ostatniego żeby się nie zdążyły rozmnożyć w jakiejś mokrej plamie.
Jednym z pierwszych naszych zakupów w Hanoi były urządzenia filtrujące powietrze, żeby uczynić je zdatnym do oddychania. Zainwestowaliśmy w modele koreańskie, ale jak się okazało w tej materii nie jest tak prosto. Po roku zakupiłam przyrząd do pomiaru czystości powietrza tzw. Lazer egg i chodząc z moim jajkiem po domu odkryłam ze zgrozą, że nasze koreańskie modele zupełnie nie dają rady. Odwiedziłam więc sklep z Roll-Royce’m materii filtrów powietrznych szwajcarskiej firmy. Okazali się monopolistami na rynku filtrów wyłapujących najmniejsze (i przez to ponoć najbardziej szkodliwe cząsteczki) i przez to każą sobie płacić oszałamiającą kwotę 1500 euro za sztukę. Pan w sklepie pokazał z duma jak miernik pokazuje dane blisko zera przy wypuszczanym przez maszynę krystalicznym powietrzu. Kiedy wystawił rurkę miernika poza drzwi sklepu, urządzenie natychmiast zrelacjonowało obecność milionów złych cząsteczek.

3B70C49C-8157-454D-9690-8A82C4DE884F

Ja z moją skłonnością do paranoi po wizycie w sklepie nie mogłam spokojnie spać wyobrażając sobie szwadrony „złych” z kreskówki „Było sobie życie” jak wpełzają do nosków moich dzieci ze złośliwym uśmieszkiem, robiąc wewnątrz spustoszenie. Te wspaniale filtry budzą pożądanie wśród ekspertów, przechodzą z rąk do rąk po tych, którzy wyjechali, a Niemcy, którym ambasada niemiecka funduje te cudowne urządzenia w każdym pomieszczeniu, uchodzą przez to za elitę.
Moja koleżanka z pracy, która nabyła niedawno przechodzonego rollroysa ustawia go włączanego non stop na najwyższą moc, licząc na to, że wyciągnie złe powietrze z całego domu. Mówi, że powoli czuje się jakby spała w fabryce mając włączany w sypialni klimatyzator, odwilżacz i filtr powietrza, które wszystkie szumią swoja melodie.. Jednoczenie te wszystkie urządzanie zjadają prąd i przyczyniają się znów do zanieczyszczenia. Mimo tylu urządzeń, powietrze w tak uzbrojonych pomieszczeniach robi się tez potwornie duszne, bo nigdy nie otwiera się okien. Przydałaby się jeszcze obok łóżka butla z tlenem żeby się jeszcze sztachnąć od czasu do czasu.

Tak wiec dusimy się razem z Wietnamczykami w ich okropnym powietrzu. I w jakimś sensie czujemy, że może trzeba tego doświadczyć. Zobaczyć jak wygląda ten rozwijający się świat: zaśmiecony plastikiem, duszący się w dymie kopalni węglowych, który tak bardzo chce dogonić nasze europejskie standardy. Może do tego zmierza zresztą cały świat? Patrząc na małe dzieci wożone w smogu bez masek i wędzące się nad grillami, zastanawiamy się czy za 20 lat połowa ludzi będzie tu miała raka płuc? Może to jest jakiś obowiązek i potrzebna lekcja o konsekwencjach naszych wyborów na świecie. Żeby zobaczyć, jakie są konsekwencje tego, że można w Europie jeść krewetki okrągły rok, kupić nowa bluzkę na każdy sezon za marne grosze, bezkarnie wymieniać na kolejne modele samochody, zegarki i telefony, a przy okazji można odesłać swoje śmieci do Azji lub Afryki. Może powinno się tu przywozić na kilka lat tych, którzy nie wierzą w ochronę środowiska.

09F43FCF-81C2-42DB-A67D-23654AD10C5B

 

W Wietnamie można trochę doświadczyć jak wyglądałby świat bez żadnych reguł, mimo że, jakieś reguły niby są, ale nikt ich nie przestrzega. Patrząc na ulice, wydaje się, że nie ma zasad rządzących ruchem, budowy toczą się 24 godziny na dobę i właściwie bez żadnych zasad bezpieczeństwa pracy pracowników, owoce zalewane są chemia a krewetki hodowane na zasalanych polach ryzowych w takim ścisku, że mają wszy.

Każdego dnia współczuję tym dzielnym ludziom na motorkach wdychającym te straszne spaliny od urodzenia aż do śmierci i podziwiam, że potrafią przy tym wszystkim patrzeć z optymizmem w przyszłość. My będziemy tu stosunkowo krótko, przebywamy i śpimy w filtrowanym powietrzu, wyjeżdżamy często na wakacje i wkrótce wrócimy do naszego europejskiego powietrza. Oni będą tu zawsze obserwując jak każdego lata powietrze robi się coraz bardziej lepkie i gorące, a każdej zimy coraz bardziej przekracza wszystkie możliwe normy.

Nasze dzieci uczą się w swojej ONZ-etowskiej szkole o ograniczonych zasobach ziemi i małych zmianach, które wprowadzić może każdy (“teaspoons of change”). W tej szkole już 6-latki debatują o zagrożonych gatunkach i brudnych oceanach. Zosia właśnie przygotowuje referat o wylewie ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej a Wincent o zagrożonych mrówkojadach. Mam zawsze łzy w oczach, kiedy na rocznicy ONZ te dzieci z 68 krajów poprzebierane w swoje narodowe stroje śpiewają ” We will save the world..”. Czy te dzieci zdołają ocalić ten świat czy nie będzie już nic do ocalenia?

A wracając do powietrza. W ostatnie dni ja i Wincent, oboje alergicy, zaczęliśmy się dosłownie dusić. Ja zaczęłam czuć ból przy każdym oddechu, a Wincent zaczął świszczeć. To podrażnione złym powietrzem oskrzela puchną i zwężają się. To chyba znak ze nie możemy zostać tu zbyt długo…

Z drugiej strony cudowne jest to, że jest 6 grudnia a my nadal chodzimy w letnich rzeczach. I kiedy czasem niebo jest niebieskie, a powietrze śmierdzi jedynie sosem rybnym, a nie smogiem, widzimy, że mimo wszystko bardzo polubiliśmy ten kraj i przykro nam będzie stąd wyjeżdżać.

77DB1A48-84F6-4A81-A922-1CE7D9ABC79A

Advertisements

Jankesi Azji?

W ciągu tygodnia wakacji październikowych zdecydowaliśmy się na krótką wycieczkę do Korei. Mieliśmy ochotę na trochę cywilizacji, niższe temperatury i złotą “polską” jesień, a przede wszystkim byliśmy bardzo zainteresowani tym, jaka naprawdę jest Korea i Koreańczycy. Korea jest bardzo obecna w Wietnamie, koreańskie firmy ośmiornice (tzw. czebole) są tu głównym zagranicznym chlebodawcą. Jak dowiedziałam się dzięki pracy, 25% całego eksportu Wietnamu to smartfony Samsunga, do których części przysyłane są z zagranicy i które wietnamskie, małe (często kobiece) rączki cierpliwie składają, co pozostawia, mówiąc fachowym językiem, bardzo mało ‘wartości dodanej’ w Wietnamie wydanej jedynie na marne pensyjki i trochę taniej, brudnej energii. W porównaniu z wątłymi Wietnamczykami w gumowych klapkach, koreańscy businessmani wydają się niesamowicie męscy i zadbani. Swobodni w obejściu, dobrze posługują się angielskim, często z mocnym amerykańskim akcentem, na każdym kroku podkreślają wyższość, nowoczesny charakter ich ojczyzny. Znani są też niestety z bezwzględności wobec wietnamskich pracowników. Dyrektor ILO wysłał nawet list do Prezydenta Moon zwracając mu uwagę na bezwzględne warunki pracy w wietnamskich fabrykach, gdzie pracownice pracują wiele godzin na stojąco w pampersach żeby nie tracić czasu na toaletę. Wszystkie te cechy przypominały nam bardzo stereotyp Amerykanina/Jankesa. Mimo tego, przykład Korei jest wzorem dla Wietnamczyków, którzy wierzą, że jeszcze trochę wysiłku i doskoczą do poziomu tego azjatyckiego tygrysa, który tak jak Wietnam mógłby, doszedł do tego ” z niczego”. Nie chce się wierzyć, ale po zakończeniu wojny koreańskiej w 1953 aż do 1974 Korea Południowa była biedniejsza od Północnej i należała do najbiedniejszych krajów na świecie. Od lat 60 w zaledwie 20 lat stała się krajem nowoczesnym i bogatym sprzedającym na cały świat miliony smartfonów i telewizorów Samsunga oraz samochodów Hyundai’a i Kia. Po przylocie, od razu poczuliśmy się komfortowo na czyściutkim lotnisku w Seulu. Nagle cały otaczający nas świat został powiększony jakby ktoś napompował kolagenem otaczających nas ludzi. Koreańczycy to najwyżsi mężczyźni Azji, a dla wielu, też najprzystojniejsi. Wysoki, elegancki, pachnący i zatrudniony w koreańskiej korporacji Koreańczyk to naprawdę niezła partia w krajach takich jak Wietnam czy Kambodża.
Po pierwszej niewygodnej nocy w tradycyjnym koreańskim domu zw. hanokiem, kiedy leżeliśmy pokotem na podłodze w przestrzeni, w której nie było miejsca na nic (nigdy więcej!!), ruszyliśmy ochoczo na zwiedzanie Seulu.

FF6D65DD-EDDE-48D0-8631-9AE94847220D

Na początku zanurzyliśmy się w koreańskiej historii, zwiedzając pałac Gyeongbokgung władców Korei z długowiecznej dynastii Joseon i jak zwykle w Azji poczuliśmy pokorę wobec stuleci historii cywilizacji tego narodu (szacuje się że Koreańczycy zamieszkują Półwysep Koreański od 6000 lat). Pałac jest pięknie położony na skraju Seulu na tle gór otaczających miasto.

E03D0E40-68A3-43DA-AFDE-927CDEDEAF48

Dodatkową atrakcją jest możliwość zwiedzania go w tradycyjnych koreańskich strojach zw. hanbok wynajmowanych przed wejściem. Przepuściliśmy już okazję przebieranek w Japonii, gdzie w historycznych dzielnicach można wypożyczyć kimona, wiec stwierdziliśmy, że tym razem skorzystamy z okazji. Koreańskie hanboki mają jednak zdecydowanie mniej wdzięku niż japońskie kimona. Kobiety ubrane w obszerne spódnice i małe serdaczki wyglądają jak toczące się wańki wstańki, niektóre miały też kuriozalne nakrycia głowy przypominające żyrandole.

Tak wiec dziwacznie przebrani ruszyliśmy z miejscowym tłumem i innymi turystami obfotografowywać się na tle zabudowań pałacowych. Była to właściwie niezła frajda! Nie zabrakło nawet muzułmanek z Indonezji przebranych w hanboki.

831E8A2E-4D88-48BC-9A1C-E1C89A755E30

Na zakończenie zobaczyliśmy zmianę warty przed pałacem która była przepięknym widowiskiem z różnokolorowymi flagami w blasku południowego słońca.

0911BD4B-BF82-471C-A034-C3E3492AFC91
Jednym z najciekawszych dokonań najznamienitszego władcy Korei króla Sejong z dynastii Joseon było wymyślenie koreańskiego pisma. Do czasu tego światłego władcy, język koreański obfitujący w bardzo osobliwe dźwięki typu dz i dź, nie miał wersji pisanej. Wyższe warstwy posługiwały się pismem chińskim. Zresztą chińskie znaki funkcjonowały w wielu krajach Azji jako piktogram niosący treść a wymawiany w każdym kraju inaczej. Był to niesamowicie praktyczny system, dzięki któremu listy mogły krążyć i być zrozumiane w całej Azji wśród ludów posługujących się innymi językami. Mimo że chińskie krzaczki sprawdzały się jako azjatyckie esperanto, są niesamowicie trudne do opanowania i znane były jedynie wąskiej warstwie elit. Jak głosi legenda król Sejong zlitował się nad niepiśmiennymi koreańskim ludem, zgromadził uczonych i kazał im wymyślić łatwy do nauczenia alfabet. Tak powstał w 1443 roku hangeul – alfabet składający się z jedynie 24 znaków, które na dodatek kształtem przypominają formę w jaki układa się aparat mowy przy wydawaniu dźwięku. Ponoć można się go nauczyć w 2-3 dni zakładając oczywiście pod warunkiem, że już się mówi po koreańsku. Ale o dziwo, my przez tydzień nauczyliśmy się jedynie kilku podstawowych zwrotów, co i tak wprawiało w zachwyt Koreańczyków.

30FD118B-1BCC-40E1-BB85-26CAA826D0BA

Po zwiedzeniu pałacu, spędziliśmy cały dzień spacerując po Bukchon, koreańskim Montmartre: dzielnicy artystów, pełnej uroczych kawiarenek i przyjemnych zakątków. Tam też odkryliśmy po raz pierwszy wspaniałe doświadczenie kulinarne, które towarzyszyło nam przez cały pobyt: Korean Barbecue. Szczególnie podobało nam się sposób w jaki się je podaje – w stołach restauracji były otwory, w które wkładano kociołek z rozżarzonymi węglami, na którym na ruszcie piekło się mięso. Z sufitu zwisała rura wciągająca jak odkurzacz dym, a kelnerki obracały kawałki mięsa i kroiły nożyczkami na coraz mniejsze kawałki, które dało się chwycić pałeczkami.

Okazało się, że dobrej jakości mięso z rusztu smakuje najlepiej bez żadnych sosów i przypraw, nawet bez soli. Dzieciom smakowało tak bardzo, że najczęściej posilaliśmy się z Kacprem głownie ryżem, kimchi i sałatą, bo smakowite kąski mięsa znikały bardzo szybko w miseczkach dzieci. Ale byliśmy szczęśliwi, że naszym niejadkom wreszcie cos zasmakowało, wiec cierpliwie jedliśmy sałatę i popijaliśmy ją ‘soju’ czyli koreańskim sake. Myślę, że najbardziej podobał im się właśnie sposób podania, to co Francuzi nazwaliby “convivialité”, skupieni nad wspólnym ogniem sami przypiekaliśmy i doprawialiśmy sobie mięso, trochę jak jaskiniowcy. Naprawdę bardzo fajnie rodzinne doświadczenie. Dziwne, że w Europie koreańskie barbecue nie stało się jeszcze popularne.

A55D060F-B1A2-400E-9AAE-BE3C19890342
Na wrażenia z naszego pobytu na wyspie Jeju poświęcimy osobny wpis. Ale chyba najbardziej z całej wycieczki zachwyciła nas wizyta w parku narodowym Seoraksan. Spragnieni chłodu, czystego powietrza i kontaktu z naturą cieszyliśmy się na jesień w koreańskich górach ponoć bardzo przypominających japońskie Alpy. Ale tak jak na sakurę w Japonii trochę się spóźniliśmy, na słynne jesienne liście było trochę za wcześnie, bo drzewa dopiero zaczęły się przebarwiać i nie zobaczyliśmy orgii kolorów, która pewnie rozgrywa się kilka dni później. Mimo tego, oboje z Kacprem stwierdziliśmy, że były to jedne z najpiękniejszych gór jakie wiedzieliśmy. Mimo, że niewysokie, oferowały niesamowicie urozmaicony krajobraz: rwące potoki, wypiętrzone skały, budyjskie świątynie i zapierające dech w piersiach widoki.

4E159690-D59E-46DD-8BBE-348DD919645A

Może też podobały nam się tak dlatego, że byliśmy tak bardzo spragnieni klimatu umiarkowanego i oglądaliśmy te góry jesienią (której nie mamy w Wietnamie), w oślepiającym jesiennym słońcu, dekadenckim poczuciu schyłku lata i przemijania dzięki przebarwiającym się liściom. Po raz kolejny zrozumieliśmy, jakim dobrodziejstwem jest klimat umiarkowany, który niesie ze sobą tak wspaniałe zjawiska jak cztery pory roku. Myślę że po powrocie do Brukseli będziemy się upajać jesienią, której dotychczas tak bardzo nie lubiliśmy.

AA4F6A58-10F8-4CDB-8780-056F702532DC
To, co rzuciło się w oczy patrząc na Koreańczyków w ich własnym kraju to to jak bardzo są do siebie podobni. Uniformizacja obejmuje wszystkie sfery zewnętrznego życia. Wydaje się, że 99% procent Koreańczyków jeździ jednym z najnowszych modeli Hyundai’a lub Kia właściwie wyłącznie w jednym z trzech kolorów: czarny, szary lub biały. Pewnego dnia, kiedy Wincent nudził się w czasie długiego przejazdu autokarem poleciłam mu liczyć czerwone samochody kusząc nagrodą za znalezienie 5 egzemplarzy. Po 3 godzinach gapienia się na koreańskie autostrady “uzbierał” jedynie 4… Większość mężczyzn niezależnie od wieku, postury i wagi ciała nosiła się w tej samej fryzurze na charakterystyczną pieczarkę nosząc przy tym duże druciane lenonki. Trzeba przyznać, że przy większych gabarytach ten look nie wypadał zbyt korzystnie.

W czasie naszej wycieczki w góry, po szklakach sunęły szwadrony koreańskich turystów ubranych w najnowocześniejsze goreteksowe i właściwie jednakowe outfity sportowe. Koreanki ubierały się wyłącznie w beże, czerń i biel, choć trzeba przyznać że ich stroje były najwyższego gatunku i najlepszych marek.

AEAFB5DF-C5AB-4EC0-9C36-DFF608D852E1Podobno Koreanki wydają fortunę na zabiegi chirurgii plastycznej (głownie nosa żeby z rozpłaszczonego zrobić szpiczasty), wybielanie twarzy i drogi makijaż. Ideałem jest idealnie biała twarz o kształcie serca z małym noskiem, okolona czernią włosów i zwieńczona, jak wisienką, usteczkami w kolorze krwistej czerwieni. W praktyce, pewnie z uwagi na zamiłowanie do Korean Barbecue, siedzący tryb życia i dobrobyt, ich twarze często przypominały dość spory naleśnik z nieproporcjonalnie zmniejszonym nosem.. Wielkość twarzy wydaje się być powodem do kompleksów, bo przeglądaliśmy broszurki ponoć niesamowicie skutecznych masaży zmniejszających twarz, a w metrze co chwile natykaliśmy się na reklamy klinik chirurgii plastycznych. Kuriozalne były też miny, które Koreanki stroiły do zdjęć wyginając palce w dziwne kształty i robiąc zabawne dziubki.

2690BA5D-5E40-4879-B17E-59B1FDB85DFF
Pewnie ten wygląd jak i wiele z tych zachowań kreuje słynny koreański K-pop, ale na nas zrobiło to dość smutne wrażenie – tak mało w tym wszystkim fantazji, kreatywności a przede wszystkim żadnych objawów indywidualności. Kiedy dowiedzieliśmy się jeszcze, że Koreańczycy przodują w statystykach spożycia alkoholu, depresji i samobójstw, wydało się jasne że to społeczeństwo gdzieś się na tej drodze do dobrobytu zagubiło. Bogactwo zdobyte właściwie w przeciągu jednego pokolenia, wielkie oczekiwania młodszych pokoleń a jednocześnie ciężka praca od przedszkola, wyczerpujące egzaminy na studia i potem szara rzeczywistość w koreańskich korporacjach, dla których nie ma alternatywy. Brak spójności miedzy tradycją, kulturą konfucjańską i niosącym ją konformizmem a modelami płynącymi z zachodu wpływającymi na modę i obyczaje, powoduje rozdarcie nie do pogodzenia. Ceną rozwoju i dobrobytu była dyktatura (demokracja powróciła dopiero w 1988) i podporządkowanie życia pracy w korporacjach. Wydaje się, że teraz po prawie 70 latach od wojny koreańskiej ten model się już nie sprawdza.

9241B258-74E3-463E-ACCD-5FEFB2BB832F
Trzeba na końcu powiedzieć, że Koreańczycy byli dla nas niesamowicie mili w czasie całej naszej podroży. W parku Seoraksan i na Jeju byliśmy chyba jedynymi turystami z Zachodu, budziliśmy życzliwe zainteresowanie i chce pomocy. Koreańczycy są dużo bardziej otwarci, przyjaźni i wydawałoby się “ludzcy” niż Japończycy, których zresztą bardzo nie lubią przez bolesne wspomnienia ponad 60 – letniego okresu japońskiej okupacji (od 1905). Przestaliśmy ich też porównywać do Amerykanów. To kolejny, inny niż wszystkie i bogaty w kulturę azjatycki naród, który dane nam było trochę poznać. Dzięki temu zachowaliśmy wspaniałe wspomnienia z tej wyprawy.

091883D8-4F9E-46C0-A291-91E0924745BE

 

Mai Chau – Wietnam w pigułce

Ledwie zaczął się nowy rok szkolny, a już mogliśmy zacząć planować kolejny weekendowy wypad: 2 września w Wietnamie wypadał Dzień Niepodległości (ogłoszonej przez Ho Chi Minh w 1945 roku). W związku z tym poniedziałek 3 września był też dniem wolnym od pracy (i od szkoły).

W sobotę rano wyruszyliśmy do Mai Chau, malowniczego regionu położonego zaledwie 140km od Hanoi. W Europie byłby to 2 godzinny wypad, tutaj czekało nas przynajmniej 3,5 godziny w samochodzie: najpierw trzeba przebić się przez morze skuterów w Hanoi, potem rozpędzić się do oszałamiających 80km/h na kilkunastokilometrowym kawałku autostrady (na prostym kawałku drogi Wietnamczycy o dziwo jadą bardzo ostrożnie), żeby resztę drogi przejechać w oszałamiającym tempie 30-40km/h po krętych, górzystych drogach i zatłoczonych, wietnamskich miasteczkach.

Po ponad trzech godzinach mieliśmy już troszkę dość i marzyliśmy tylko o zanurzeniu się w basenie. Ale zaledwie dziesięć kilometrów od celu, na wąskiej, górskiej drodze, utknęliśmy w korku. Już był w ogródku, już witał się z gąską…
Po pół godzinie, nadal nie wiedząc zupełnie co się dzieje, zaczęliśmy robić to co część kierowców: jechać na trzeciego pomiędzy pasami, żeby zyskać cenne metry i choć iluzoryczne poczucie, że jedziemy do przodu. Jak się okazało, jadące na trzeciego (tak jak my) auta całkowicie zablokowały drogę, uniemożliwiając przejazd w obie strony. Udało nam się zjechać na boczny pas i patrzyliśmy przez kolejną godzinę jak Wietnamczycy, w całkowitym spokoju, zarządzają ruchem i robią powoli miejsce na totalnie zablokowane ciężarówki i autobusy. Jak się okazało, dwugodzinny korek to dla Wietnamczyków żaden powód do zdenerwowania: nic się nie da zrobić, wiec można spokojnie siąść sobie w cieniu samochodu, zaimprowizować mały piknik albo spędzić czas na facebooku.
W końcu okazało się, skąd taki zastój: po tropikalnych ulewach wylała pobliska rzeczka i zalała drogę w dolinie. Woda na pół metra, sporo samochodów i skuterów utknęło przy próbie przejechania przez przeszkodę. Na szczęście, my mogliśmy skręcić w inną stronę i uniknąć tej przeprawy.
Wymęczeni wjechaliśmy wreszcie do Mai Chau, pięknej doliny otoczonej górami.
35193902-7639-419B-8228-5E9586D3BA63
Znaleźliśmy się w Wietnamie jak z filmu: spiczaste kapelusze rolników i ciemne grzbiety bawołów wyrastające z soczystych, zielonych pól ryżowych. Wśród pól rozsiane urocze, tradycyjne wioski ze strzechą z liści palmowych, w tle porośnięte dżunglą pagórki. W tej sielskiej i cichej jak na wietnamskie standardy scenerii, przemykają jedynie rowery.B18802A4-7ABF-46AE-B238-3C29C8013E2D
I do tego oczywiście typowo wietnamska pogoda: pierwszego popołudnia zdołaliśmy tylko chwilę przejść się po okolicy i już byliśmy cali zlani potem.
Ale nad nami latały chmary ważek, wokół rozciągała się panorama na góry, więc było pięknie mimo skwaru!
Zresztą wspaniały widok mieliśmy też z ganku naszego pokoju, mogliśmy do woli nacieszyć się pocztówkową scenerią.

Jak to zwykle w Wietnamie, spotkaliśmy znajomych. Wszyscy wyjeżdżają w tym samym czasie, wszyscy sobie nawzajem polecają ciekawe miejsca, więc później często można kogoś spotkać. Tym razem 2 rodziny dziewczynek z klasy Wincenta. On oczywiście był bardziej zainteresowany znalezioną modliszką, ale Zosia była zachwycona, że ma nowe koleżanki, a my towarzystwo do pogadania przy kolacji.
W nocy na szczęście spadł deszcz, rano dało się już troszkę łatwiej oddychać. Razem z lokalnym przewodnikiem wyruszyliśmy na małą przejażdżkę rowerową. Mai Chau okazało się idealne na rowery, zupełnie płaska dolina i mały ruch na wiejskich ścieżkach. Nasz przewodnik był z plemienia Białych Tajów, tak jak większość 50 tys. mieszkańców Mai Chau. Dzięki niemu mogliśmy nie tylko podziwiać okolice, ale też zobaczyć jak wygląda życie w tradycyjnym domu na palach.


W takim domu mieszka cała, wielopokoleniowa rodzina. Wchodzimy po schodkach, zostawiamy buty na progu i możemy zobaczyć jak wyglądają rodzinne przygotowania do święta.
Podłoga jest zrobiona z rozciętych i wysuszonych bambusów, podobno wytrzymuje spokojnie kilkadziesiąt lat. Dzięki temu, że dom jest postawiony na palach, panuje w nim przyjemny przewiew. Mimo biedy, jest w nim bardzo czysto, wszystko ma swoje miejsce: pięknie zdobione kołdry i poduszki w szafach, wędki i kusze do polowania podwieszone pod powałą, na ścianach zdjęcia i odznaczenia głowy rodziny.
Oczywiście najważniejsze miejsce zajmuje… telewizor! Siedziały przy nim stłoczone dzieci, choć część wpatrywała się równocześnie w ekrany komórek. Czyli normalnie, jak wszędzie.

A72A7E5F-6C09-43A7-884B-95BC60B4AEE2
Pod oknem stał golący się brzytwą dziadek, który okazał się weteranem wojennym: podczas Święta Niepodległości należało mu się uroczyste miejsce przy stole. Gdzie walczył? Na jego szczęście nigdzie, spędził wojnę w Hanoi, potem był strażnikiem przy mauzoleum Ho Chi Minh.


W kuchni świąteczne przygotowania: pani domu zawijająca sajgonki w papier ryżowy, w kącie ściekające do podstawionej butelki wino ryżowe. Dzień wolny od pracy będzie rzeczywiście niezbędny!

Na dole, w jadalni pod palami, zostaliśmy zaproszeni przez nestorkę rodu na herbatkę z dzikich kwiatów i owoce z ogródka. Herbatka dobra, aczkolwiek trudno było się na niej skupić, z powodu poczerniałego od betelu uśmiechu wietnamskiej babci. Jak się okazało, betel wprawdzie powoduje dość upiorny kolor zębów, ale też je wzmacnia i sprawia, że dłużej nie wypadają. Coś za coś.


Jeszcze rzut oka na obejście: bawoły, świnie, kaczuszki w pudle, przygotowane na przejażdżkę na rynek, kilkudniowe kurczaczki: dzięki temu dzieciaki też były zachwycone nasza gospodarską wizytą.

Na koniec przejażdżki mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć jak wytwarza się jedwab.
W garnku gotują się kokony jedwabników z dodanym barwnikiem, pani sprawnym ruchem rozwija kokony i wyciąga zaskakująco silne nici na koszyk. Oczywiście, same robaki też się nie zmarnują – można z nich zrobić pożywną zupkę.

Pozostałe dni upłynęły nam na dalszym leniwym odkrywaniu okolicy z perspektywy rowerowych siodełek albo podziwianiu tropikalnej flory z basenu.


Po powrocie Hanoi przywitało nas hałasem i ciężkim powietrzem, ale my naładowaliśmy akumulatory, nasyciliśmy się zielenią i świeżym powietrzem,
i jesteśmy gotowi stawić czoła kolejnym tygodniom w miejskim zgiełku!

B20B35B9-E5F9-4989-A2B5-C89F157293B4

Con Dao – wietnamskie piekło i raj

Pamiętam dobrze jak skończyło się dla mnie obchodzenie 30-tki, kiedy opłakiwałam na moście w Paryżu moja skończoną młodość, pijąc wino zagryzane camembertem jak za dawnych lat, a Kacper, który zorganizował tą romantyczną niespodziankową podróż, bezskutecznie starał się mnie pocieszyć. Ogólnie była to wielka klapa, wiec już nie miałam nigdy potem podroży niespodzianki…
Można sobie mówić, że 40-tka to nowa 30-tka, ale prawda jest taka, że starzenie się nie jest łatwa sprawą dla kobiety i tyle. Postanowiłam wiec, że zasługuję na wyjątkową oprawę dla tego nieprzyjemnego dnia. A że najbardziej na świecie kocham morze, pomyślałam, że nic tak nie ukoi mojej potencjalnej deprechy jak widok morza. Mimo, że Wietnam ma niesamowicie długą linie brzegową, tylko nieliczne jej fragmenty odpowiadają wizji o idealnej plaży. Ponoć to kwestia morza – to Południowochińskie ma po prostu mniej szmaragdowe wody niż np. Andamańskie lub Ocean Indyjski. A po części to zasługa Wietnamczyków, którzy niesamowicie zaśmiecają własne morze i rujnują wybrzeże rabunkowym wywozem piasku.
Chlubnym wyjątkiem jest archipelag tropikalnych wysp Con Dao, oddalony o około 200 km od wybrzeża i dzięki temu nadal dziewiczy. Archipelag jest parkiem narodowym, w którego wodach pływają zagrożone gatunki delfinów, a na szerokich plażach składają jaja żółwie morskie. Jedynie największa wyspa jest zamieszkana przez garstkę ludzi i znajdują się na niej jedynie dwa hotele i kilka kwater. Zdecydowaliśmy się wiec odwiedzić to wyjątkowe miejsce i spędzić w rajskim otoczeniu ten nieszczęsny dzień 17 sierpnia. Wyspa okazała się naprawdę przepiękna i praktycznie pusta. Nasz hotel leżący u stop góry w kształcie słonia otaczała soczysta zieleń tropikalnego lasu a z okna pokoju patrzyliśmy na morze.

536F2C64-7D4D-4FCA-9B36-940B7C9729EF

Spacerowaliśmy po zupełnie pustych, szerokich plażach, zbieraliśmy muszle i kapaliśmy się na przemian w morzu i w basenach. Znaleźliśmy osobliwe wodne pieniążki i kulki, które z zachwytem braliśmy za żółwie jaja a które okazały się piłeczkami do wodnego golfa wykonanymi z karmy dla ryb. Szum fal i widok morza jak zwykle podziałał na mnie kojąco, wiec zamiast depresyjnie przeżyłam urodziny refleksyjnie robiąc w głowie podsumowania.

Było nam tak dobrze, że wstyd się przyznać nie ruszyliśmy się z miejsca przez 3 dni. Ale na Con Dao zwiedza się tylko jeden obiekt – słynne więzienie, które było wietnamskim piekłem przez 113 lat. A na tą wizytę zupełnie nie mieliśmy ochoty, szczególnie z dziećmi. Ja nadal miałam żywo w pamięci zwiedzanie więzienia Pol Pota w Phnom Penh, po którym nie potrafiłam się otrząsnąć przez kilka dni mimo że zdołałam obejrzeć jedynie pierwsze dwie sale.
Więzienie na Con Dao zostało założone przez Francuzów w 1861 początkowo dla skazanych za ciężkie przestępstwa a później prawie wyłącznie dla więźniów politycznych na przykład członków Viet Minh (League for the Independence of Vietnam) założonej w 1941 przez Ho Chi Minha. W 1954 po przegranej Francuzów w wojnie indochińskiej, więzienie przejęły władze Wietnamu Południowego. W kolejnych latach krwawej wojny domowej i wojny z USA w więzieniu osadzani byli bojownicy i sławni działacze komunistycznej Północy. Na więziennym cmentarzu leży 20 000 ludzi, którzy, można powiedzieć,  zginęli na Con Dao za poglądy polityczne. Dziś więzienie jest dla Wietnamczyków symbolem kolonialnego wyzysku i miejscem kaźni wielu bohaterów narodowych. Relacje więzienne mrożą krew w żyłach. Więzienie “wsławiło się” miedzy innymi tzw. ‘tiger cages’, czyli dziurami w ziemi przykrytymi kratą, gdzie trzymano zmaltretowanych okaleczonych ludzi jak zwierzęta właśnie.. W 1970 dwóch amerykańskich kongresmenów i fotograf przyjechało z oficjalną wizytą do więzienia i przez przypadek trafili na sektor tiger cages, który więzienne władze próbowały ominąć. Połowę więźniów w klatkach stanowiły kobiety, a najmłodsza miała 15 lat. Opublikowane później w “Life Magazine” fotografie wstrząsnęły amerykańską opinią publiczną i dołączyły do serii “słynnych”, przez swoją potworną wymowę, fotografii z Wietnamu.


Najsłynniejszym chyba więźniem z Con Dao była Vo Thi Sau (1933-1952) – młoda dziewczyna, która została umieszczona w więzieniu przez Francuzów i stracona przed ukończeniem 18 lat. Już jako 11-letnia dziewczynka zaczęła pomagać bratu, który działał w Viet Minh i brała udział w zamachach na władze kolonialne. Według na poły legendarnych relacji więźniów, Vo Thi Sau przez cały czas pobytu w więzieniu na Con Dao śpiewała pieśni rewolucyjne ku pokrzepieniu serc innych więźniów. Na egzekucję również szła śpiewając, nie kazała zasłonić sobie oczu, tylko patrzyła bez leku w oczy oprawców i tuż przed śmiercią wykrzyczała “Down with the French colonialists!”. Grób Vo Thi Sau na cmentarzu Con Dao otoczony jest czcią, a ona stała się właściwie świętą. Główny suwenir na lotnisku (oprócz jaskółczych gniazd, suszonych koników morskich i płetw rekina) to właśnie fotografie Vo Thi Sau o rysach dziecka.

Takie właśnie potworne historie działy się na tych wyspach, gdzie dziś żółwie przypływają do dzikich plaż i składają jaja, a turyści czują się jak Adam i Ewa w pierwotnym raju. W obliczu tych historii z Con Dao wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru.
A wracając do tego nieszczęsnego dnia moich 40-tych urodzin, ostatecznie zamiast użalać się nad sobą, zrobiłam sobie osobisty dzień dziękczynienia i poczułam wdzięczność za to, co mam. Zdałam sobie jasno sprawę, że nic więcej prócz bezpieczeństwa i zdrowia mojej rodziny mi nie potrzeba. Pomyślałam też, że już chyba najważniejsze w życiu dokonałam – wydalam na świat dwóch wspaniałych ludzi, których ubóstwiam i którzy każdego dnia wprawiają mnie w zachwyt. Jaki cud sprawił ze tych dwoje młodych,  pięknych i mądrych ludzi znalazło się nagle w moim życiu?

21756281-6007-407A-B479-68ADD650AB53
Jak się czuje jako czterdziestka? Chyba tak naprawdę bardziej lubię siebie, niż kiedy miałam lat 20.. Choć niestety coraz większy jest rozdźwięk miedzy tym jak sobie siebie wyobrażam (jak z najlepszych zdjęć sprzed dekady) a tym, co pokazuje lustro. Coraz  dłużej utrzymują się cienie pod oczami po nieprzespanej nocy i coraz dłuższy kac po imprezie. Z drugiej strony, lubię to, że coraz częściej czuję, że nic nie muszę i pytam się siebie czy na pewno chcę i staram skupiać się na tym, co ważne. Coraz bardziej gubię się w nowoczesnych technologiach i boję się tego, jak zmieniają nasz styl życia i stosunki międzyludzkie. Za to coraz bardziej interesuję mnie historia, szczególnie Azji, bo zupełnie mi nieznana, historia egzotycznych krain i władców o niemożliwych do wymówienia imionach. Taka jest widocznie kolej losu, z wiekiem zwracamy się coraz bardziej w przeszłość, żeby zrozumieć swoje miejsce i rolę na tym świecie..

92D70CC5-5D7B-4E41-9832-3930A4779FE3

Wakacje od Wietnamu

Kacper i dzieci opuścili Hanoi w dzień po zakończeniu szkoły a ja narzuciłam sobie w czasie samotnych trzech tygodni w Hanoi intensywny program sportowo-dietetyczny, który nie przyniósł niestety wymarzonych rezultatów… Temperatury na początku lipca zbliżały się do 40 stopni i przy tutejszej wilgotności miało się wrażenie, że każde wyjście na zewnątrz zakończy się zawałem. Mimo tego korzystając z wolności przemierzałam miasto żeby zobaczyć te wszystkie miejsca i zaliczyć te wszystkie sklepy, których nie udało mi się zobaczyć przez cały rok intensywnego rytmu praca-dom. Podjęłam też pierwsze próby na skuterze wynajmując absolutna ruinę za 4 dolary dziennie i ćwicząc kółka w naszej dzielnicy. Byłam zachwycona, bo człowiek czuje się co najmniej 10 lat młodszy jeżdżąc na motorze. W weekendy przebierałam się często pięć razy na dzień zrzucając z siebie kolejne zmiany przepoconych zupełnie rzeczy. Wiec, kiedy zbliżał się czas wyjazdu do Europy byłam przeszczęśliwa i miałam przede wszystkim nadzieję na porządne wychłodzenie w brukselskiej aurze.
Ale Bruksela była tego roku wyjątkowo ciepła i słoneczna. Chodząc po znanych mi ulicach na jetlagu nie mogłam się nadziwić temu, co widzę. Przede mną był jakiś nowy wspaniały świat: wszędzie było niesamowicie czysto i porządnie, samochody jeździły po pasach i zatrzymywały się na przejściach dla pieszych. Wszystko było uporządkowane i ładne. Szczególnie wokół Schumana i Luizy nie mogłam się nadziwić jak porządnie ubrani są ludzie w dopasowane do siebie markowe ubrania w stonowanych kolorach. Wiedziałam, że mam wokół siebie ludzi, którzy maja wszystko: estetyczne otoczenie, proste chodniki, bezpieczne ulice, czyste powietrze, rzetelna opiekę medyczna, zdrowa żywność i środki na spełnienie wszystkich swoich potrzeb. Ale uderzyło mnie również to ze ich twarze nie wyrażały szczęścia a często raczej irytację, nudę, zblazowanie i stres. Wiedziałam, że ja wiem, że oni maja wszystko, ale oni tego nie widzą…Taką naukę daje życie w kraju takim jak Wietnam. Mam nadzieje, że jej za szybko nie zapomnę.
Po kilku dniach patrzenia na estetykę i dobrobyt poczułam przesyt i nawet niesmak. Czy to moralne żeby wszystko było takie estetyczne i dobrego gatunku? Te wypieszczone drogie samochody na ulicach, te wylizane domy i ogrody? Belgijscy emeryci ubrani w markowe ubrania do gry w golfa z drogimi zegarkami na nadgarstkach i brylantami na palcach. Czy to nie pewna przesada oblekać te stare ciała w tak ekskluzywną powłokę? Przypomniały mi się wietnamskie babcie w charakterystycznych zestawach przypominających piżamę i najtańszych klapkach, których życie ograniczyło się do służenia innym, a mimo to ich twarze zawsze rozświetla dobrotliwy uśmiech. Zadziwiał mnie też kunszt, w jaki podaje się w Europie jedzenie. Po co tle ceregieli na talerzu żeby sprzedać trochę sałaty za dużo pieniędzy i pożreć ja w ciągu paru minut? Czy to moralne wrzucać w siebie regularnie takie piękne posiłki z wystruganą misternie marchewką i chipsem z szynki parmeńskiej? Poczułam znużenie otaczającym mnie dobrobytem i zatęskniłam za dobrymi, szczerymi twarzami Wietnamczyków i miską zupy pho. Zszokowała mnie też obcesowość, z jaką traktowano mnie w belgijskich sklepach i urzędach. Zauważyłam jak bardzo zostałam przez rok rozpieszczona tym, że jestem zawsze zauważona i w sklepach wita mnie procesja ukłonów. W belgijskich sklepach poczułam się  pomiatana. Odczuwałam obojętność i olanie jak obelgę i niemą agresje. Może dlatego tylu ludzi z zachodu ucieka na duchową emigrację/odnowę do Azji ..
Wracaliśmy do Hanoi na nowy rok szkolny już trochę jak na nasze stare śmieci, witając z uśmiechem znajomy bałagan. Zdecydowaliśmy się też na kolejny krok w stronę “go local” i wieźliśmy w bagażach 4 nowiutkie kaski motocyklowe. Zobaczymy czy odważymy się ich użyć.. Na razie Kacper ćwiczy kółka po dzielnicy.

10090F93-BBE1-4B91-B9A9-DCAB4D3A68F1

Sezon na “słaj” i podsumowanie pierwszego roku

Dobiega końca nasz pierwszy rok (szkolny) w Hanoi. Pamiętamy dokładnie pierwsze wrażenia, kiedy przerażeni chodziliśmy po mieście i zastanawialiśmy skąd wziął się ten pomysł żeby wszystko rzucić i tu przyjechać i kombinowaliśmy od pierwszych dni, co zrobić żeby to wszystko odkręcić i natychmiast wrócić. Jesień nadal była ciężka, bo zaczął się sezon wypalania pól i jednocześnie straszny smog w Hanoi. Dziwiło nas, że wszyscy ludzie, którzy wyjeżdżają opowiadają jak fantastycznie im się tu żyło i często ronili łzy na swoich pożegnalnych imprezach.
Ale powoli od nowego roku, kiedy przyzwyczailiśmy się do wszystkich niedogodnień i zaczęliśmy korzystać w pełni z uroków Hanoi, zorientowaliśmy się nagle, że jesteśmy się tu szczęśliwi. Wiosna była łaskawa, powietrze w końcu czyste i niebo często niebieskie. Nasze ciała przyzwyczaiły się też już trochę do upałów, mimo że zawsze, w przeciwieństwie do Wietnamczyków, pocimy się często i obficie, ale w końcu może to zdrowo się porządnie spocić. No i razem z upałami zaczął się sezon na baseny, w których mamy mnóstwo w okolicy i gdzie możemy się często chłodzić.
Majowy monsun przyniósł cudowne monsunowe burze tropikalne, które zaczynają się zawsze od zrywającego się nagle wiatru, który pojawia się niespodziewanie jak w jakimś filmie “the wind of change”. Wtedy już wiadomo, że gdziekolwiek się jest trzeba się spieszyć lub natychmiast gdzieś schować, bo za kilka minut spadnie ulewny deszcz i przemoczy do bielizny. Cudownie jest wtedy siedzieć w domu i słuchać tego koncertu natury: przetaczających się grzmotów i błyskawic i strug deszczu spływającego po liściach. Gorące powietrze cudownie się oczyszcza, rozgrzana ziemia zaczyna parować i pachnieć organicznie a na chodnikach i ulicach robią sobie imprezę żaby i wielkie ślimaki. Nieraz zdarzało mi się wracając wieczorem do domu kopnąć przez przypadek dorodną ropuchę albo nadepnąć na ślimaka wielkości pomarańczy.

IMG_5480
W naszym ogródku rośnie ogromne drzewo, na którym nagle wiosna pojawiły się zagadkowe bulwy. Okazało się, że to owoce mojego ulubionego tropikalnego owocu – mango. Kocham mango wiec strasznie się cieszę, że w Wietnamie jest dostępne cały rok, bo w delcie Mekongu owocuje kilka razy. Wyraz mango po wietnamsku jest chyba najpiękniejszych w tym języku– xoài (czytaj: “słaj”). Bulwy na naszym drzewie dojrzały i przybrały charakterystyczny kształt nerki. Nie bardzo wiedzieliśmy jak poradzić sobie z zebraniem ich z gałęzi ogromnego drzewa, ale nasza pani sprzątająca zwinnie wspięła się na drzewo i zebrała kilka worków. Urodzaj mango pozwolił nam cieszyć się nimi każdego dnia na śniadanie i obdarować wszystkich znajomych i sąsiadów.
Przełom maja i czerwca to tez sezon na liczi, które owocują tylko przez miesiąc i stają się ulubioną słodkością wszystkich Wietnamczyków. Na biurku prawie każdego z moich kolegów leży dorodna kiść i skubią sobie w ciągu całego dnia częstując wszystkich dookoła. Liczi faktycznie są tu przepyszne, świeżo zerwane z drzewa i nieprawdopodobnie słodkie i dlatego niestety bogate w kalorie. Dowiedziałam się również że zaliczają się do tzw. produktów rozgrzewających. Wietnamczycy, podobnie jak Chińczycy, kierują się wytycznymi medycyny chińskiej, z której wywodzi się podział wszystkich produktów żywnościowych na rozgrzewające i wychładzające organizm, a odpowiednie ich spożywanie gwarantuje zdrowie i prawidłową wagę. A wiec mimo uzależniającego charakteru liczi, które można by skubać sobie cały dzień, należy je jeść z rozwagą, szczególnie latem.

IMG_5486

Najpiękniejsze w tej porze roku są nenufary, które zaczynają kwitnąć w rozlicznych jeziorkach Hanoi. Na każdym targu sprzedają bukiety tych szlachetnych kwiatów, dzięki którym można sobie zrobić w domu egzotyczną atmosferę. Nie ma nic piękniejszego niż mieć na stole wazon wielkich i pięknych nenufarów. Wietnamki pozują cierpliwie na tle ukwieconych stawów w pięknych szatach za co je szczerze podziwiam bo temperatury o tej porze roku szczytują wiec ja zrezygnowałam po 10 minutowej sesji tonąc we własnym pocie.

IMG_5525
Gwoździem programu pobytu w Hanoi stało się dla nas życie towarzyskie. Doświadczamy, że życie dyplomatyczne to takie trochę kolonie dla dorosłych. Z dala od rodziny i znajomych 40-latki zaczynają czuć się na nowo jak nastolatki, wiec życie towarzyskie kwietnie, mnożą sie imprezy i drinki. Wszyscy są niesamowicie otwarci i już po pierwszym poznaniu można przegadać cały wieczór, bo tak jak na koloniach, wszyscy są świadomi że tylko mały procent tych znajomości przetrwa próbę czasu i odległości wiec trzeba korzystać teraz. Hanoi przyciaga charakterystyczny typ ludzi: marzycieli, podrozników, awanturników, którzy opowiadają o poprzednich dziwnych miejscach w których mieszkali: Papua, Afganistan, Mongolia. Przyjeżdżają businessmani z Korei, Japoni i Sri Lanki, Niemcy z fantazją, Francuzi z nostalgią za koloniami, Włosi podbijajacy nowy kraj pizzą i gelato. Dla dyplomatów Hanoi jest trochę placówką gorszego sortu, wiec przyciąga zbieraninę rożnego rodzaju luzaków, ludzi bez presji na karierę, którzy cenią sobie po prostu miło spędzony czas. Królują w tym Australijczycy, którzy chyba zawsze i wszędzie czują się jak na barbecue na ranczo i zachowują się z jowialną i przyjacielską swobodą. A z racji bliskości Australii jest ich tu dużo, więc nadają ogólny towarzyski ton. Kacpra klub męski składa się z bardzo intersujących osobowościowo “mega luzaków”, którzy z bycia “trailing spouse” stworzyli sposób na życie. Więc te męskie znajomości Kacpra otworzyły nowe meandry naszego bogatego życia towarzyskiego. Do tego dzieci bardzo polubiły swoją nastoletnią nianię, więc wreszcie wychodzimy na nasze “kolonijne” imprezy bez wyrzutów sumienia.
Więc po niepewnych początkach i zanieczyszczonej zimie, zaczęliśmy cieszyć się z naszego życia w tropikach, które tak bardzo odmieniło nasza codzienność. Wychodzę w domu po misce mango i medytacji moich nenufarów na stole a na schodach wita mnie dużej wielkości karaluch, po czym wdeptuje butem w resztki jedzenia na ulicy. Takie jest właśnie Hanoi..

IMG_5559

Nasze miejsce na ziemi?

Jak opuści się na długo strony rodzinne słowa takie jak ojczyzna czy miejsce na ziemi zaczynają trochę tracić znaczenie.
Dziś pomyślałam o Brukseli i o tym jak bardzo zmieniła się wizja tego miasta w mojej głowie przez wszystkie lata. Przed wyjazdem pokochałam Brukselę, zrozumiałam, że to miasto naprawdę stało się moim drugim domem. Teraz żyjemy tu w trybie trochę tymczasowym i ja z moja tendencją wybiegania zawsze w przyszłość zaczynam już snuć plany, “kiedy wrócimy do Brukseli do naszego małego domku na ulicy Brzozowej, to… ”
Miałam szczęście mieszkać dłużej w Libii, Brugii, Nancy, Brukseli i teraz w Hanoi. Ten proces “oswajania” nowej przestrzeni zaczyna się zawsze tak samo od znajdowania sobie przyczółków swojskości. Na przykład piekarnia, która piecze pyszne bułki, które stają się zwyczajem, rytuałem, który wprowadza “domowość” na obcej ziemi. Potem, jak mówi Wincent, eksplorujemy powoli otoczenie (często z fachowym sprzętem typu lornetka lub przewodnik o ptakach). I nagle orientuję się, że zaczynam odnajdywać się w mieście, w którym na początku zupełnie nie wiedziałam gdzie mnie wiozą. Pierwsze poznane i oswojone przyjazne twarze, które później z przyjemnością wyławia się z tłumu rzucając się sobie w ramiona jakbyśmy się znali od stu lat. I właściwie po kilku miesiącach już można się poczuć jak u siebie.
To pierwsze świeże spojrzenie na nowe miejsce jest nie do powtórzenia później, kiedy rutyna zabija już ciekawość. Pamiętam mój pierwszy dzień w Azji, kiedy przyjechałam do Birmy po raz pierwszy i całą drogę z lotniska do centrum Yangonu siedziałam z nosem przyklejonym do szyby obserwując nowy świat pełen facetów w spódnicach. Za kolejnym pobytem w Yangonie przespałam już cala drogę. Trochę jak pierwszy pocałunek, potem już nigdy nie jest tak samo.
To proces, który uzależnia, pozwala uniknąć rutyny, świat zbyt oswojony staje się za mały, jest gdzieś dalej inne miasto, które czeka na odkrycie i oswojenie. Poprzednie miejsca zamieniają się we wspomnienia. Obrazy kolory i zapachy tworzą krótki ruchomy film z przeszłości, który często potem odtwarza się w ten sam sposób, przekłamując trochę jak było naprawdę.
Poznań jest dla mnie melancholijny i smutny i pachnie gnijącymi jesiennymi liśćmi, topiącym się śniegiem, a zmarznięci ludzie na przystankach smutnie na siebie spoglądają. Taki Poznań dopada mnie zawsze przyjeździe, niezależnie od pory roku i mimo tego, że teraz wygląda już zupełnie inaczej a tłumy wystrojonych i zadowolonych poznaniaków biegają po centrach handlowych.
Brugia jest osnuta mgłą, tajemnicza, piękna i cicha i słuchać tylko szmer rowerów przemykających w nocy po małych mostkach.
Nancy jest złote od jesiennych liści i złotych dekoracji króla Leszczyńskiego i w rytmie salsy, którą odkryłam dzięki kolumbijskim kolegom.
A Brukselę zapamiętałam taką, jaka była w roku przed naszym wyjazdem – zielona, słoneczna, znajoma, przyjazna i nasza.
Zapach miasta w Libii uderzył mnie niedawno w Dubaju – wspomnienie było tak silne, że na chwilę stałam się 9-letnią dziewczynką chodzącą z mamą po ulicach libijskiego miasta i oglądającą z zachwytem suknie z tiulu i buty na obcasach, w które ubierały się (na co dzień!) libijskie dziewczynki. Wspomnienie tego bardzo specyficznego i niemożliwego do opisania zapachu przetrwało ponad 30 lat!
Wietnam czeka jeszcze na swoją kategorię w katalogu wspomnień. Będzie na pewno inny dla każdego z nas. Jest coś niepowtarzalnego w tych chaotycznych wietnamskich ulicach. Życie, które tętni na każdym rogu i wszystko jest “na wierzchu”, na ulicy: uliczny fryzjer, mechanik, pan oprawiający obrazy. Jadłodajnie z plastikowymi krzesełkami zajmują powierzchnię wszystkich chodników; parter każdego domu ma coś do zaoferowania, najczęściej trudną do określenia rupieciarnię.

DSC_0052

No i te szalone ulice gdzie wszyscy jadą jak chcą, pod prąd i w poprzek i wożą cuda na swoich skuterach. .. Po kilku miesiącach w Hanoi zarzuciłam fotografowanie jednośladów, ale nadal niesamowicie mnie fascynują. Nie mogę przestać patrzeć na mijających mnie ludzi, nieskończone konstelacje pasażerów i niekończącą się kreatywność tego, co i jak można na motorze przewiesić. Teraz wraz z porą deszczową zaczęła się pora “batmanów” – ludzi chroniących się przed deszczem furkającymi na wietrze pelerynami. Gwiżdżą na rozsadek, zasady bezpieczeństwa i w jakimś stopniu tą swoją szaloną jazdą rzucają wyzwanie losowi – znów się uda, to, co że bez kasku, z rozwianym włosem i z niemowlęciem zwisającym z boku…
Myślę, że właśnie ten widok mijających mnie “szalonych” i dzielnych Wietnamczyków zostanie ze mną na zawsze. Na początku nie mogliśmy oprzeć wrażeniu, że to miasto jest brzydkie. Raziły nierówne chodniki, sterty śmieci, mury z plamami pleśni i wzdrygaliśmy się na widok wszechobecnych szczurów i karaluchów. Ale odkryliśmy, że zaczynamy doceniać bardzo tu coś, co się tu czuje i co emanuje w całym tym chaosie: tętniące życie, optymizm, odwagę, witalność i młodość. Tu nawet dziadkowie i babcie pędzące na skuterach wydają się niesfornymi nastolatkami. I to czyni Hanoi wyjątkowym i na swój sposób pięknym.

DSC_0020