Filozofia Hang

Dwa razy w tygodniu, narażając życie chodzę na lekcję pilatesu. Moje studio nie jest daleko, ale musze przejść przez kilka szerokich i bardzo ruchliwych ulic wietnamskim sposobem, to znaczy pomiędzy pędzącymi samochodami, które robią wokół mnie slalom. Niby są światła, ale jak wiadomo nikt ich nie przestrzega, bo zawsze połowa startuje przed zielonym, a druga połowa nie zatrzymuje się na czerwonym. Jak mam szczęście to zostawia mi to około 5 sekund naprawdę w miarę pustej szosy. Przy czym Ci, którzy jadą na czerwonym, gazują jak kamikadze bo sami ryzykują życie uciekając przed pędzącą z naprzeciwka kawalkadą. Często zastanawiałam się, kto w końcu mnie potraci, czy pędzący rozklekotany autobus, który nie zatrzymał się na żadnych światłach, czy ta babinka, która wygląda jakby miała spaść z motoru czy ten nonszalancki chłopak, który pędząc jak oszalały wysyła po drodze smsy.
Kiedy docieram wreszcie do mojej slumsowatej uliczki, przechodzę przez jakaś klinikę, w której zawsze jest właśnie pora obiadu i pracownicy w kitlach jedzą obiadki z menażek albo robią sjestę.

9160B219-3FAA-40EC-A26A-E2AC8A3C5394

I wreszcie wjeżdżam windą do bardzo zaniedbanego studia gimnastycznego. Po kilku pierwszych miesiącach, nieliczne ekspatki się wykruszyły i przez długi czas byłam jedyną nie Wietnamką na lekcji, która toczy się po wietnamsku i starałam się sobie radzić opanowując po wietnamsku liczebniki i wdech i wydech. Zostałam trochę maskotką zajęć, nie taka małą i słodką tylko taką dużą i nieporadną, co wszystkie ćwiczenia wykonuje najgorzej, najbardziej się poci ma problemy z kolanami i plecami. Nauczycielka z drugiego końca sali krzyczy “Magda are you ok?”, wiedząc,  że zdecydowanie wszystko przychodzi mi dużo gorzej niż nawet zaawansowanym wiekowo Wietnamkom. Sprzedają mi jajka, darowują stroje narodowe i ogólnie traktują trochę jak dziecko specjalnej troski.

318B71AF-3409-4B47-8202-E53C9E4CCB3D
Mimo tych upokorzeń i koszmarnej drogi, chodzę tam regularnie ze względu na Hang. To najlepsza instruktorka, jaka udało mi się spotkać w życiu. Od początku zajęcia nie powtórzyły się nigdy. Hang na swoich zajęciach łączy techniki różnych sportów i tańca żeby urozmaicić przebieg zajęć. Wydaje się że ma nieskończone pomysły na to jak wykręcić udo tak żeby czuć cały jego ciężar. Nie chodzi tylko o jej niesamowitą inwencję. Hang ma inny dar, po który przychodzę co tydzień. Ma w sobie niesamowita energie życiową. Wystarczy że opuszczę jedne zajęcia i już humor mi siada i trudno przebrnąć przez resztę tygodnia. Widać że uwielbia to co robi, chodzi po sali tanecznym krokiem, demonstruje ćwiczenia w różnych miejscach podłogi żeby pokazać wszystkim jak należy je wykonywać przy czym zamiata niezbyt czystą podłogę swoimi długimi włosami. To osoba, o której się mówi że promienieje, śmieje się do łez, mówi z przekonaniem, słucha cała sobą i zawsze jest w 100% tu i teraz. Zastanawiam się długo, co jest źródłem tego szczęścia i energii Hang, które są dla mnie tak życiodajne.

1E3E8146-1C0E-4B1F-8EBA-E595E63D475F
Pomału z mojej instruktorki, Hang stała się moja jedyną wietnamską przyjaciółką. Zaczęło się od wspólnych obiadów z jeszcze jedną uczestniczką zajęć Koreanką Lily. Wyglądająca jak śliczna laleczka Lily okazała się koreańską pisarką feministką, współpracującą od lat z koreańskimi mediami. Jest niesamowicie wszechstronna, pisała scenariusze seriali, reportaże społeczne i jest autorką poradników kulinarnych i przewodników turystycznych.

02716CAB-3CB4-4FBB-AB35-26396FA8028E.jpeg

Jej nazwisko stało się rozpoznawalne, kiedy napisała książkę wyzwolonej młodej Koreanki, która rzuciła dobrą pracę w korporacji żeby spędzić samotnie miesiąc w Paryżu. Opisała swoje wędrówki po Paryżu i przemyślenia o roli kobiety w koreańskich społeczeństwie i stworzyła koreański bestseller. Swoją historią dodała otuchy innym kobietom, które pisały do niej ze po przeczytaniu jej książki zaczęły odważać się zrobić coś szalonego. Jej napisany w Hanoi przewodnik po restauracjach szybko stal się hitem w koreańskiej sieci. Jestem bardzo dumna, bo mam obie książki podpisane przez autorkę, niestety po koreańsku..

1D7DDCDE-4FE5-4B75-B9FD-DEDA64527301

Po kilku obiadach, odkryliśmy z Lily jak bardzo fascynująca to osobowość i jak bardzo niewietnamska Wietnamka. Stała się dla nas kluczem do zrozumienia wietnamskiej mentalności i roli kobiety w społeczeństwie. Te rozmowy toczone w czasie obiadów a potem niekończących się kolacji, stały się najciekawszymi rozmowami, jakie udało mi się tu przeprowadzić.
To co się z tych rozmów wyłaniało to bardzo smutny los azjatyckich kobiet. Nigdy nie mogę się nadziwić w jaki sposób ci wątli i w przeważającej większości nieatrakcyjni mężczyźni potrafią być takimi macho. Azjatyckie kobiety nadal w większości krajów mają być posłuszne mężowi, usługiwać mu i wyglądać pięknie. Hang pierwszy raz z nami mogła wyjść na imprezę, spotkać się wieczorem, wypić wino. Za każdym razem kiedy przekraczała kolejną granice przy niechętnym przyzwoleniu męża czuła się podekscytowana jak 13-letnia dziewczynka.

52E2EAFB-5286-4AE3-A6E6-DD6217210E08

W Korei symbolem tego modelu jest przysłowiowa szklanka wody. Najbardziej ubezwłasnowolnione są te kobiety, które muszą nawet przynieść mężowi szklankę wody, bo głowa rodziny nie ugnie się żeby wykonać tak prozaiczna czynność jak nalanie sobie szklanki wody samodzielnie. W Korei mówi się na przykład “mój tata jest wiesz, taki od szklanki wody”. Obowiązkiem Hang jest, co rano przyrządzić mężowi wodę z miodem i cytryna i podać mu ciepłą, kiedy się obudzi. Nieraz dostaje opieprz, kiedy położy na stoliku wodę za wcześnie i zdąży ostygnąć zanim on się obudzi. Potem prasuje mu ubrania, pomaga się ubrać jak rasowy butler i podaje rodzinie śniadanie. Kiedy maż wychodzi do pracy jest wolna i staje na baczność znowu dopiero, kiedy on wraca z pracy i zawsze czepia się ze cos jest nie tak. Według jasno wyznaczonych stref odpowiedzialności, jej obowiązkiem jest wychowanie dzieci, wiec, kiedy syn jest niegrzeczny albo na przykład sprzątnie tacie z półmiska najlepszy kawałek mięsa, ona dostaje opieprz, że jest niewychowany. Kiedy się pokłócą to ona zawsze musi go przeprosić, bo on tego z zasady, jako głowa rodziny i żywiciel, nie zrobi nawet, kiedy zawinił. Mimo tego kocha go i bardzo szanuje i po prostu uważa, że tak musi być.
W Wietnamie jest ogólne społeczne przyzwolenie na zdradę męża, wręcz obwinia się żony, które nie potrafią utrzymać przy sobie mężczyzny. Do 1950 poligamia była dozwolona i posiadanie wielu żon było odznaką męskości i statusu. Cesarzowi Tu Duc nie udało się spłodzić potomka mimo 104 żon natomiast cesarz Minh Mang był dumnym patriarchą i posiadaczem 400 żon  i 142 dzieci. Do dzisiaj siedziba dynastii Nguyen, piękne miasto Hue położone u brzegów Rzeki Perfumowanej, jest kolebką najbardziej konserwatywnych poglądów i tym samym najgorszym miejscem dla kobiet. Mimo że komunizm zniósł poligamie i tak jak w Polsce przyczynił się do emancypacji kobiet, nieoficjalnie nadal mężczyźni żyją często poligamicznie i nawet lepiej na tym wychodzą, bo nie biorą odpowiedzialności za rodziny kochanek. Zgodnie z chińską tradycja małżeństwo jest transakcją, a dla kochanek pisze się i śpiewa serenady na karaoke.

AF0D3AF2-A718-4EB4-9D6E-05B415F3F4DA
Dlatego Azja to raj dla europejskich mężczyzn. Mając trochę więcej ogłady i szacunku dla kobiet, nawet te mniej udane egzemplarze, stają się tu młodymi bogami. Pryszczaci, piegowaci, wyłysiali i z brzuszkami paradują tu dumni jak pawie z młodziutką i zapatrzoną w nich Wietnamką u boku. Mimo defektów urody są dla niej szansą na lepsze życie, na trochę więcej wolności, równości i szacunku. Jedna moich koleżanek wyznała, że odkąd widziała w Szwecji jak tata zaplatał córce warkoczyki, modli się od to żeby w następnym wcieleniu być szwedzką kobietą.
Zawsze imponował mi wietnamski stosunek od zmarłych, którzy w naszej kulturze idą w zapomnienie. W Wietnamie zmarli są prawie tak samo obecni w rodzinie jak żywi. Można zapomnieć o urodzinach dziecka, ale rodzina musi się spotkać i świętować w rocznicę śmierci babci nawet, jeżeli jest to środa a na drugi dzień ma się w pracy ciężki dzień. Święta Tet to czas palenia papierowych mebli, samochodów, smartfonów i pieniędzy, które w cudowny sposób przenoszą się do zaświatów, żeby uczynić życie babci i jej kuzynki wygodniejszym. Pogarsza to wprawdzie stan jakości powietrza który w tym czasie już i tak jest beznadziejny, ale Wietnamczycy wierzą że zapewnia przychylność przodków na cały kolejny rok.

Niektórzy twierdza że z tego zwyczaju przekupywania przodków wywodzi się tolerancja dla korupcji. Dawanie małych kopert z lucky money jest ogólnie przyjętym zwyczajem w rodzinie. Bywa, że kiedy człowiekowi się nie wiedzie, dochodzi do wniosku, że zbyt mało czasu i pieniędzy poświęca przodkom. I wtedy niektórzy zadłużają się poważnie żeby wystawić przodkom okazały nagrobek i obłaskawiać ich niezadowolenie. W siedzibie tradycji Hue jest cmentarz z tak okazałymi grobowcami, że wygląda jak luksusowe osiedle. Są też sposoby na to żeby złośliwy duch babci trzymać na bezpieczna odległość. W delcie Mekongu rodzina zastąpiła mostek przez rzeczkę z cmentarza kłodą drewna żeby stara babcia nie dala rady przejść i nie nękała rodziny.

4F4AE3CD-2963-49AE-9A0C-0732435F428F.jpeg
Po rozmowach z Hang przekonałam się, że ten kult przodków i szacunek dla rodziny nakładają kolejne obowiązki na kobiety. W czasie świat Tet odwiedza się rodzinę w odpowiedniej kolejności, zaczynając oczywiście od rodziny męża. Na kobietach w średnim wieku takich jak Hang ciąży wtedy obowiązek wyprawienia świat w każdym domu po kolei. Przez tydzień Tet Hang chodzi od domu babci do domu wujka z siatkami jedzenia i podczas gdy mężczyźni i starszyzna zasiadają na pogawędki, a młodzież się bawi, ona spędza czas w kuchni przygotowując posiłek dla tych hord ludzi, po czym po nich sprząta. Po świętach Tet jest ciężko wymęczona i czeka z utęsknieniem na normalny dzień, kiedy będzie wolna po tym jak mąż wyjdzie do pracy.  Nie mogłam się nadziwić, jak wiodąc takie życie Hang potrafi być absolutnie szczęśliwą osobą i nigdy się nie skarży. Z jednej strony Hang na wszystko gwiżdże i potrafi się śmiać z tego ze pali papierowe bikini dla babci w zaświatach. Ale jednocześnie potrafi wtopić się z pokorą w świat zwyczajów i obowiązków rodzinnych i być w nim szczęśliwa. Co rano o 6 podaje mężowi przysłowiową szklankę wody, obmyśla w głowie nowe ćwiczenia pilatesu, czesze swoje długie włosy i uśmiecha się do siebie.

0345C157-048A-4EC0-BAA5-FB14987D43DE

Od zawsze miała ciężko, kiedy miała 8 lat umarł jej tata w wypadku na motorze tuż przed wyjazdem na stypendium do Francji, jako młody, dobrze zapowiadający się lekarz. Jak wiele Wietnamczyków zginał, bo jechał bez kasku i uderzył głową w drzewo. Po śmierci taty Hang musiała ciężko pracować razem ze swoją mamą kiedy całe noce gotowała potrawy na sprzedaż. Od tej pory znienawidziła gotowanie. Kiedy zaczęła mieć poważne problemy zdrowotne stwierdziła, że to normalne dla kobiet przed 40-tka i że zaakceptuje wszystko co przyniesie los, bo miała piękne życie. Nie myśli o sensie życia, o przeszłości i o przyszłości, nie zastanawiała się czy wyjść za mąż czy mieć dzieci. To samo naturalnie przyszło i funkcjonuje w tym jak w najbardziej naturalnym nurcie życia.

Po tych pięknych momentach niesamowitej bliskości i solidarności kobiet z różnych kultur, czuję, że nauczyły mnie tak wiele. Zrozumiałam jakie miałam szczęście rodząc się w Europie i jakie głupie są nasze kobiece kompleksy. My chcemy być chude i się opalamy, one zazdroszczą nam kobiecych kształtów i białej skóry. Całe nasze życie ustawiamy się w stosunku do tego jak postrzegają nas mężczyźni i czy jeszcze trzymamy się jakoś na tym rynku piękności.

5F6EFDAD-629E-4F50-953F-3CB41F498C63
Patrząc na Wietnam widzę, że idą lepsze czasy. Młode kobiety patrzą smiało w przyszłość, noszą najbardziej odważne stroje w całej Azji, dumnie prezentując swoje piękne i smukłe ciało. Wymieniam często znaczące spojrzenia z kobietą w drugim rzędzie na spotkaniu, która siedzi za swoim szefem, który peroruje na podstawie przygotowanego przez nią briefingu. Mimo że nadal skłania głowę i opuszcza wzrok, kiedy przepuszcza go w drzwiach, zza okularów patrzą inteligentne oczy, które wiedzą ze jeszcze trochę i zastąpi go na stołku.

69666E02-C7ED-4192-9DA7-B16EBE52F64A.jpeg

Advertisements

Moje życie w szklanej wieży

Codziennie rano wjeżdżam windą wygrywającą muzykę klasyczną na 26 piętro chyba najładniejszego biurowca w Hanoi koreańskiej sieci Lotte. Wkraczam w świat businessmanów, pięknych pań w eleganckich kostiumikach pracujących w okienkach banków i linii lotniczych; koreańskich gospodyń, które spędzają w tutejszych sklepach poranki kupując najnowsze modele sukienek rodzimych marek, tęskniąc za swoim uporządkowanym krajem. W Lotte można się pięknie ubrać, zjeść w jednej z restauracji w centrum handlowym i zrobić zakupy w jednym z najlepiej wyposażonym w mieście supermarkecie. Ja też często wałęsam się po centrum handlowym, kiedy nie mam, co ze sobą zrobić w przerwie. Co dobre jednak dla mojej kieszeni, zakupów dla siebie nie mogę tu zrobić. Ekspedientki wpadają w popłoch, kiedy proszę o swój rozmiar i dramatycznie rozkładając ręce na boki mówią, że tak ogromnego rozmiaru w sklepie nie ma. Patrzą na mnie z rozbawieniem, kiedy jak siostra Kopciuszka próbuje wepchnąć moją wielką stopę rozmiaru 38 w wąziutki pantofelek stworzony jedynie dla wietnamskiej stópki.

43410516-3598-40C5-ADEF-99132B651C74

Przez te dwa lata, pomieszkując właściwie częściowo w tej szklanej wieży, przekonałam się ostatecznie, że wieżowce i centra handlowe to nie jest mój habitat i że zdecydowanie nie mam cierpliwości do wind. Wjazd na 26 piętro bywa czasami naprawdę próbą wytrzymałości dla tych, co się spieszą, kiedy w rytm Vivaldiego, winda zatrzymuje się na prawie każdym piętrze po kolei. Ale muszę przyznać, że, kiedy wracam po obiedzie do biura z podniesionym ciśnieniem po przejściu kilku bardzo ruchliwych i głośnych ulic, czuję, że wraz z zamknięciem się automatycznych drzwi przechodzę do innej zony – cywilizacji, techniki i luksusu. Zostawiam za sobą dźwięk klaksonów i gryzący w oczy smog i wkraczam w jasny, wyciszony obszar przefiltrowanego powietrza. W moim biurze gdzie przez okna rozpościera się miasto dolne czuję się jakbym lewitowała na chmurze nad tym chaosem gdzieś nisko w oddali. Widok, który czasami jest naprawdę piękny, ale często uzmysławia fatalny jest stan powietrza w Hanoi.

3479C129-81F3-43DC-A071-141FEF738623
Przez wiele czasu zupełnie nie mogłam się zorientować w topografii miasta, każda ulica wydawała mi się taka sama – ogólny chaos i śmieci; szalone ulice, obstawione motorami i towarem chodniki, po których nie da się chodzić; handel odbywający się wszędzie; zapleśniale domy, które otwierają się na parterze pokazując swoje brzydkie wnętrze – sklepiki towaru wszelkiej maści, pełne tandety i mrowie ludzi siedzących na plastikowych krzesełkach i zmierzających w każdym kierunku.

42064E25-B2AC-4E79-ABA1-763773FB66FC.jpeg
Hanoi nabiera uroku i pięknieje po zmroku: toczy się barwne życie nocne, kolorowe światła odbijają się w wielu jeziorach i wtedy nie widać jak bardzo są brudne. Ale nawet w nocy Hanoi wydawało mi się jedną niekończącą się ta samą ulicą. Zaczynałam się odnajdować dopiero jak zbliżaliśmy się do ogromnego jeziora West Lake, wokół którego toczy się nasze życie: dom, szkoła, praca, zakupy, restauracje. Ten cały bałagan zakrywa jak ubranie prawdziwa tkankę miasta, która trudno zobaczyć.

360E0937-8E71-47FB-A4BA-275E9E401C47.jpeg
Dopiero po bardzo długim czasie zaczęłam rozróżniać w tej masie jakieś główne aleje, place i orientacyjne punkty. Jeszcze dłużej zabrało nam odnalezienie i wyłowienie z chaosu, historii rozwoju miasta od pierwszej cytadeli założonej przez dynastie Ly w 1010, która popadła w zapomnienie, kiedy dynastia Nguyen przeniosła stolicę Wietnamu do Hue w 1810. Najbardziej rzucają się w oczy budynki wybudowane za czasów kolonii francuskiej przy prostych, jasno wyznaczonych alejach: opera, okazale wille kwartału kolonizatorów i obok skromniejsze wille wietnamskich wyższych sfer, które naśladowały zwyczaje francuskie i nosiły się na modłę francuską.

87CF681C-332D-434A-A0FB-24A3933ED3A0.jpeg

Komunistyczne władze podzieliły piękne wille (jak kiedyś w Polsce) na mieszkania komunalne. Tam gdzie kiedyś mieszkała jedna rodzina zamieszkało czasem kilkanaście i podzielili piękne salony w małe klitki robiąc łazienki na balkonach. Powojenna architektura to ogólny brak myśli przewodniej. Z powodu podatku pobieranego od szerokości fasady królują domy wieże, wąskie jak żyletki w barwnych kolorach i z charakterystycznymi kiczowatymi balkonikami.

00F5E95B-28AE-4079-B9A3-9F4E25519E1C.jpeg
Obecnie Hanoi jest w trakcie drastycznych przemian, jak ładnie nazwał kolega swój projekt fotograficzny “Hanoi zrzuca skórę”. Żeby dogonić nowoczesny świat azjatycki, Hanoi zamieniło się w plac budowy i miejscami pnie się w górę. Wiele wieżowców już stoi, inne są w budowie. Niektóre, wydaje się, że rosną o piętro prawie każdego dnia, a inne zamarły w połowie drogi i wystawiając do góry rdzewiejące druty czekają na następnego inwestora. Obserwowałam plac budowy koło mojej pracy i byłam pod niesamowitym wrażeniem jak szybko obozowiska pracowników wokół chaotycznej budowy zamieniły się w elegancki trotuar z klombami przez sklepem Porsche nowo wybudowanego eleganckiego wieżowca.

Hanoi dzisiaj to zabawne i absurdalne zestawienie starego, nisko zabudowanego miasta i wystrzelających w górę kilku wież takich jak Lotte – wysp nowoczesności. Mam wrażenie, że taki jest trend w Azji, wszystkie miasta zamieniają się w nieludzki las wieżowców przecinany futurystycznymi nadziemnymi autostradami. Miasta, po których się nie spaceruje tylko, które się ogląda z okien samochodu. Dla mojego kolegi Taja z Bangkoku ideałem było niespędzanie ani chwili na zewnątrz. Przemieszczał się z klimatyzowanego mieszkania windą do garażu, samochodem jechał do biura i centrum handlowego. Kiedy upocony pokazywał mi i koleżance świątynie w Bangkoku, stwierdził, że od kilku miesięcy nie był zmuszony spędzać tyle czasu na dworze.
Zastanawiam się ile trzeba lat żeby Hanoi przeobraziło się w miasto typu Seul czy Bangkok. Być może to wygląda malowniczo w nocy, kiedy las wieżowców jest podświetlony. Ale dla mnie te futurystyczne miasta tracą dusze. Miasto traci proporcje, pomiędzy te wysokie wieże wciśnięte i “zagubione” ciasne uliczki z tradycyjnymi sklepikami i stoiskami ze street food-em.
Mam wiec nadzieje, że Hanoi zostanie, choć w części, takie jakie jest dzisiaj, inne od wszystkich innych miast Azji, wyjątkowe. Mam nadzieje, że kiedy przyjadę tu za dziesięć lat nadal będzie można pobłądzić w uliczkach wśród niskiej zabudowy rozrzuconej wokół jezior i sadzawek w mieście. Być może fakt, że Hanoi ma więcej miejsca na rozwój niż np. Hongkong czy Singapur, uchroni to miasto przed przeobrażeniem się w las drapaczy chmur.

9D9009D3-F940-4A3D-A599-B97DA0D5EF93.jpeg

 

Mouldy March i zemsta butów

Pesymista powie, że w Hanoi z aurą na zewnątrz zawsze coś nie tak: albo za gorąco, albo szaro, albo fatalne powietrze. Ale najwięcej chyba narzekań dotyczy zapleśniałego marca.
W naszym pierwszym roku chyba nam się udało, zawirowanie pogody oszczędziło w pełni doświadczenia. Za to w tym roku “mouldy March” pokazał się w pełnej krasie. Jest to bardzo dziwna pora roku, bo jakby jesień i wiosna na raz. Niektóre drzewa przepięknie kwitną, a inne nagle przebarwiają się jesiennie i zrzucają liście. Marzec jest z reguły chłodny i niesamowicie wilgotny. To połączenie powoduje, że wszystko, co pochowane w szafach i regałach, gnije. Nienoszone skórzane buty pokrywają się zielonkawych nalotem, na ubraniach pojawiają się siwe plamy i z każdej szafy wydobywa się piwniczny zapach. W tym roku marzec był wyjątkowy ze względu na jeszcze jedno dziwne zjawisko przyrody – masowy wylęg much. Takiego nagromadzenie much doświadczyłam jedynie raz w życiu, kiedy na obozie końskim spalam z innymi uczestnikami zaraz przy stajniach. Pamiętam że wtedy robiliśmy sobie namiociki z koszul do spania nad głową żeby całą noc muchy nie łaziły nam po twarzy.
Mouldy march po raz kolejny uświadomił mi moją manię gromadzenia przedmiotów. Przeżyłam pierwszy szok, kiedy rozpakowywałam kartony, które przyjechały z Brukseli. Kiedy otwierałam kolejne pudło pełne spodni albo butów, które za nic nie chciały się pomieścić w średnich rozmiarów szafie z Ikei, którą tu przywiozłam, nie mogłam się nadziwić, w jaki sposób uzbierałam tyle towaru a nadal codziennie rano mam poczucie, że nie mam się, w co ubrać.
W czasie zapleśniałego marca uświadomiłam sobie ile rzeczy nie noszę. Mouldy march uczy, że skoro zgniło to znaczy się nie używa i trzeba oddać, wyrzucić. Tu trzeba wyprowadzać rzeczy regularnie na spacer, żeby je przewietrzyć i wtedy nie zgniją. Tu trzeba posiadać tylko tu co się regularnie używa. Kiedy w tym roku, nie wymieniłam torebki letniej na zimowa, ta zimowa zgniła.
Przypominał mi o tym za każdym razem słodkawy zapach, który zaczął wydobywać się z szaf: zapach rozkładu, zapomnienia, dla mnie na zawsze – zapach przemijania materii. Wraz z zapachem przyszły wyrzuty sumienia. Po co oddaje się z taką pasją zbieraniu materii?
I odkryłam w sobie równocześnie dwie sprzeczne tendencje w podejściu do przedmiotów. Z jednej strony uwielbiam robienie zapasów jak prawdziwy poznański chomik. Z drugiej uwielbiam wyrzucać, bo odczuwam wtedy poczucie ulgi i oczyszczenia, że coś z tej góry otaczających mnie rzeczy wreszcie się zużyło. Ale zawsze zwycięża robienie zapasów.
Moje zamiłowanie do robienia zapasów mogło w pełni się zrealizować, kiedy wyjeżdżaliśmy do Hanoi. No bo przecież pewnie nie będzie ulubionej pasty do zębów, szamponu, ścierek. Pamiętam jeszcze dreszcz emocji, kiedy po raz kolejny przeciągałam kartą i wynosiłam siaty dóbr na te ciężkie czasy w Hanoi. Potem pieczołowicie je rozstawiałam patrząc z lubością i poczuciem bezpieczeństwa na rządek odplamiaczy Vanish, które jak żadne inne wspaniale radzą sobie z plamami. Nie wiem, jaki odchyl psychiczny łączy u mnie rządek odplamiaczy i stos ulubionych ścierek z poczuciem bezpieczeństwa, ale zdecydowanie u mnie to działa.
Mistrzem chomikowania była moja babcia. Jej malutkie mieszkanko przy Starym Rynku w Poznaniu było pieczołowicie obudowane od podłogi do sufitu pawlaczami kryjącymi różne skarby. Nikt nie widział, co się w nich kryje aż do czasu jej śmierci. Przypadło mi zadanie oczyszczenia jej mieszkania po jej śmierci razem z mamą i ciocią. Pamiętam jak ze smutkiem otwierałyśmy kolejne szafy wyciągając osobiste przedmioty babci, które zbierała z takim namaszczeniem. Ale w połowie dnia, dostaliśmy ataku histerycznego śmiechu, kiedy wyciągnęliśmy 40-stą wełnianą spódnicę w kolorze bordo-brąz, odkryliśmy pudla milionów guzików i cale szuflady złożonych równiutko worków plastikowych. Moja babcia była zdecydowanie królową chomików.
Ale ja też jestem w tym dobra, kupuje często w poczuciu winy i ukrywam przed samą sobą na dnie szafy i nie noszę aż się nie “uleży”. Wszystkie te skarby z dna szafy przyjechały ze mną do Hanoi i wtedy odkryłam w pełni skale swojej manii. Moją największą słabością są buty. Posiadam tak imponującą kolekcje niewygodnych butów, że chyba mogłabym otworzyć muzeum. Musi być chyba tak, że szukam tej jednej właściwej pary, w której w końcu będę wyglądać pięknie.
Tak jak chomikowanie i zamiłowanie do ciuchów i butów jest w żeńskiej linii chronicznie dziedziczne, tak samo niestety jest bałaganiarstwo. Nigdy nie nauczyłam moich dzieci odstawiać rzeczy na miejsce, bo niestety nigdy sama tego nie robię. Po moim pedantycznym ojcu, Kacper przy pierwszym poznaniu zachwycił mnie fantazją łącząc w swoim plecaku podróżnym buty z jedzeniem i czystymi rzeczami. Po prawie 20 latach taki przypływ fantazji niestety doskwiera. W rezultacie żyjemy od zawsze w absolutnych chaosie. Rano fundujemy sobie często skrajną nerwówkę, bo nie da się nigdy odnaleźć butów kopniętych pod szafę i rzuconego poprzedniego nonszalancko na fotel płaszcza, który przykryły ścierki i szlafrok. Są takie przedmioty, które choć dokupywałabym je w niezliczonych, zawsze się gubią: nożyczki, taśma klejąca, długopis. Jak już się po kwadransie desperacji odnajdzie jakieś nożyczki to zawsze się okazuje, że to te najgorsze, super tępe, które już dawno trzeba było wyrzucić i w końcu i tak trzeba sobie poradzić zębami. Trzeba przyznać, że moja babcia była chomikiem doskonałym, mimo nagromadzenia przedmiotów panował u nich zawsze idealny porządek. Dobrze naostrzone nożyczki leżały zawsze w szufladzie kuchennego stołu.

1A9510B5-C01E-4E59-9E9D-D399AC34ECDF

W Hanoi miotałam się na początku, piorąc bez przerwy zapleśniale rzeczy i obmywając octem narośl z pleśni pokrywający moją obuwniczą kolekcję. Co kilka tygodni wymieniałam w szafach specjalne pudelka zbierające wilgoć. Ale natura jest tu nieubłagana, mimo że wypolerowane i obmyte, buty kilka miesięcy później pokrywały się na nowo osadem. Istna syzyfowa praca.

Na fali mody metod Marii Kondo, zaczęłam oglądać jej zmagania z zarośniętymi przez materie rodzinami. Maria Konto wprowadziła pojęcie “spark joy” – należy zostawić jedynie te przedmioty, które wzbudzają poczucie radości. Kiedy zaczęłam się rozglądać dookoła ze dziwieniem odkryłam, że faktycznie niewiele przedmiotów powoduje autentyczną radość – tylko te najwygodniejsze spodnie z gumą, wygodne płaskie buty, bluzki z miękkiej i wygodnej tkaniny.
Po przeczytanie książki o minimalizmie i kilku odcinkach Marii Kondo postanowiłam, że tym razem naprawdę się za siebie wezmę. Z moimi genami nie będę nigdy nie będę minimalistką, ale za cel postawiłam sobie zmniejszenie stanu posiadania o około choćby 20 procent. Obdarowałam kilkoma parami pięknych butów na niebotycznych obcasach jedyną Wietnamkę w biurze, która nosi rozmiar 38. Uwielbia obcasy i mówi, że na płaskich butach odchyla się do tylu wiec była zachwycona nową kolekcją. Wynosiłam ciuchy, biżuterię, wydając i obdarowując, kogo się da. Nawet dzieci zrobiły przegląd zabawek i sprzedały część na pchlim targu w szkole. Cały czas miałam wrażenie ze to jedynie kropla w morzu.

I nagle moja imponująca kolekcja butów została drastycznie zredukowana. Kiedy wyjechaliśmy na dłuższe wakacje i dom pozostał bez klimatyzacji pudelka zbierające wilgoć wylały się na moje najukochańsze i najpiękniejsze tzw. buty na wyjście. Kropla takiego tego płynu powodowała kurczenie skory i zamienianie jej w beton.

7FA04F91-9A30-47A7-A941-5B8A72224249

 

Kiedy otworzyłam szafkę czekał na mnie rząd kalek: tu zmarszczony betonowy nosek, tu paseczek, który skurczył się z 12 do 5 centymetrów, tu quasimodo, którego nie mogę nawet rozpoznać. Chwytałam każdą po kolei parę licząc, że została ocalona i okazało się ze prawie wszystkie są zupełnie nie do noszenia. Nie pomogło rozciąganie i namaczanie w wodzie z octem i sola. Musiałam pożegnać się z kilkudziesięcioma parami czółenek i sandałków. Pomimo smutku i frustracji, wiedziałam w głębi duszy, że musze przyjąć, że to była ostateczna nauczka. Musze pogrzebać dziedzictwo babci i zacząć wreszcie żyć bardziej minimalistycznie.

Wspaniała wyspa

Poniższy wpis powstał tuż przed tragicznymi wydarzeniami na Sri Lance w czasie świat wielkanocnych. Pozostawiliśmy go niezmienionym, żeby oddać nasze początkowe wrażenia z tego niesamowitego kraju.

IMG_7205

Jak poinformował nas nasz przeuroczy przewodnik Fernando w pierwszym zdaniu, Sri Lanka znaczy “wspaniała wyspa”, a dokładniej z sanskrytu “olśniewający kraj”. Według Fernanda wszystko na Sri Lance jest wspaniałe, nawet lotnisko malutkie, ale według niego, jedno z najlepiej zaopatrzonych w usługi w całej Azji. Często przypominał nam, jakie mamy szczęście oglądając wszystkie cuda jego kraju: “Oh my God you are so lucky..”. To stwierdzenie dobrze oddaje dumę Lankijczyków, którzy wierzą, że ich królowie pochodzą od lwów. Dlatego lew jest symbolem kraju przedstawionym na fladze, mimo, że na wyspie nigdy nie było tych zwierząt.

Faktycznie czuliśmy się szczęściarzami, że mogliśmy tam pojechać i wyspa olśniła nas całkowicie: swoim pięknem, różnorodnością kulturową, a szczególnie bogactwem dzikiej przyrody.

IMG_6797

Zaczęło podobać mi się już w samolocie linii Sri Lankan Airlines, gdzie obsługiwały nas bardzo nietypowe stewardesy: ubrane w przepiękne sari w kolorach pawich piór miały iście rubensowskie kształty i dumnie obnażały ta cześć ciała, którą Europejki skrzętnie skrywają – brzuch i biodra. Przeciskały się z trudem w korytarzyku samolotowym falując bujną pupą i pokazując brązowe fałdki. Dla mnie były naprawdę piękne i zachwyciła mnie ta afirmacja kobiecości tak dalekiej od zachodnich wzorców. Cośmy sobie zrobiły w Europie, że piękne to tylko te bardzo chude, a 80% kobiet ukrywa swoje krągłości jak może i zamęcza się kompleksami? Na pewno czułabym się lepiej w społeczeństwie, w którym pełne kobiece ciało jest powodem do dumy.

Sri Lanka zaskakiwała nas i zachwycała na każdym kroku. Każdy dzień naszej intensywnej 10-dniowej wycieczki był pełen nowych wrażeń. Sri Lanka jest niesamowicie ciekawa z wielu powodów. Była dla nas pierwszym spotkaniem z kulturą zbliżoną do Indii – można powiedzieć ze to takie Indie dla poczatkujących, bo chyba bardziej bezpieczne i mniej tłoczne. Nasz przewodnik na pewno bardzo by się oburzył za to porównanie, bo Sri Lankę zamieszkują odrębne od półwyspu indyjskiego narody. Syngalezi (80% ludności) i Tamilowie (10%) przywędrowali tu, co prawda wieki temu z półwyspu indyjskiego w czasach, kiedy jeszcze wyspa połączona była lądem z półwyspem. Od tego czasu jednak, wykształcili własne odrębne kultury mocno z związane z importowanymi też z Indii wierzeniami: buddyzmem i hinduizmem. Buddyzm jest dominującym wierzeniem i urósł na Sri Lance (tak jak w Mjanmie) do rangi religii narodowej. Drugą najważniejszą religią jest hinduizm. Nie wiem czy odważymy się pojechać do Indii z dziećmi, więc cieszyliśmy się, że możemy zobaczyć kobiety w sari, hinduistyczne świątynie pełne niesamowitych bóstw i ciekawe obrzędy. Dzieci patrzyły zafascynowane na hinduistycznych wiernych oblewających mlekiem posąg boga Ganeszy o głowie słonia.

Sri Lankę zamieszkuje też mniejszość muzułmańska – potomkowie Maurów, którzy przyjechali na wyspę handlować przyprawami i niewolnikami a dziś stanowią gospodarczą elitę i maja duży przyrost naturalny, co nie podoba się większości buddyjskiej. Wyspę zamieszkuje też mała mniejszość metysów z domieszką krwi kolonialnej: Portugalczyków, Holendrów i Anglików, którzy przekazywali sobie wyspę z rąk do rąk i zostawili po sobie twierdze, kościoły i 5% wyznawców katolicyzmu.

Część ludności (tak jak nasz przewodnik Fernando) szanuje wszystkie kultury obecne na wyspie i łączy filozofie buddyzmu z religią hinduistyczną, modli się w obu świątyniach, czci Buddę, Sziwę i Wisznu o niebieskiej twarzy i wierzy w reinkarnacje. Mimo wieków współistnienia tych różnych kultur na wyspie, ta mieszanka narodowo-religijna okazała się niestety wybuchową i kraj doświadczył jednej z najokrutniejszych wojen domowych, która trwała 26 lat i skończyła się dopiero w 2009 gorzka porażką tamilskich tygrysów.

Jak pokazują niedawne tragiczne wydarzenia daleko jeszcze do spokoju na wyspie, mimo że kraj prężnie się rozwija głównie dzięki turystyce i eksporcie płodów rolnych, w tym herbaty, której uprawę wprowadzili Anglicy.

IMG_7363
Nam jednak kraj kojarzy się raczej z niewinnymi uśmiechami uczennic ubranych w śnieżnobiałe szkolne mundurki. Każdy uczeń dostaje od państwa jeden taki bielutki mundurek, który ich matki co wieczór muszą spierać z wszechobecnego czerwonego pyłu unoszącego się nad spalonymi słońcem boiskami. Mamy nadzieję, że przyszłość tych dzieci niesie pokój, a nie kolejny kryzys państwowy.

IMG_6980

Dawni królowie Sri Lanki pozostawili po sobie ruiny kilku stolic cofając się coraz bardziej w głąb lądu przed Anglikami, którzy ostatecznie zdobyli panowanie nad całą wyspą w 1815 (zdobycie Kandy).

Zwiedzanie w potwornym upale było czasami dość uciążliwe, tym bardziej, że z szacunku dla świętych miejsc zwiedza się je na boso i bez czapki. Wyzionęliśmy prawie ducha okrążając w południe na bosaka ogromną stupę w najstarszej stolicy Anuradhapura. Wybudowana w 1 w pne, rozmiarem dorównuje egipskim piramidom.

IMG_6951

W tym mieście znajduje się też najstarszy banian (figowiec bengalski) na Sri Lance, który ponoć, jak mówił Fernando “we widely believe”, pochodzi od szczepu przywiezionego z Indii baniana, pod którym Budda doznał oświecenia. Spodziewaliśmy się gigantycznego pnia a czekała na nas nędzna gałązka podtrzymywana metalowymi wspornikami, która jest ponoć pozostałością z oryginalnej rośliny. Niesamowity był jednak kult świętego drzewa w wybudowanej wokół niego świątyni. Jak mówił znów Fernando “we widely believe”, że sama obecność w pobliżu świętego pnia daje możliwość kontaktu ze świętą energią.

IMG_6992.JPG

Niesamowite były też obrzędy w świątyni zęba Buddy w Kandy – ostatniej stolicy senegalskich królów przed jej zdobyciem przez Anglików. Budda był tylko częściowo skremowany i jego szczątki rozproszyły się po świecie, jako bezcenne relikwie. Ząb przywiozła na Sri Lankę indyjska księżniczka ukrywając go w splecionych włosach. Przechowywany jest w 7-warstwowym wspaniałym złotym relikwiarzu i raz w roku obwożony po Kandy na grzbiecie ubranego przepięknie słonia.

IMG_7292

My przyszliśmy do świątyni wieczorem, kiedy wierni składali dary z kwiatów w oparach kadzideł i czekali w długich kolejkach na otwarcie centralnego miejsca świątyni żeby popatrzeć na relikwiarz i się pomodlić. Dzieci były pod wielkim wrażeniem historii Buddy, indyjskiego księcia, którego tak bardzo poruszyły problemy świata. Z racji na wielka wrażliwość Zosi na losy zwierząt i biednych ludzi, Wincent uznał, że zostanie Lady Budda wiec pora zacząć zbierać jej mleczaki, na których kiedyś zarobi krocie. Jedna krew, a takie różne podejście do życia…

Najbardziej podobały nam się dwa obiekty uznane za dziedzictwo ludzkości przez UNESCO. W drugiej stolicy królewskiej Dambulla znajdują się wspaniałe świątynie buddyjskie w jaskiniach pełne rzeźb i zachwycających fresków, które pokrywają nierówne ściany jaskiń. Wciśnięte w te wąskie przestrzenie leżą gigantyczne posagi leżącego Buddy.

IMG_7046.JPG

Zdecydowanie najbardziej niesamowitym zabytkiem jest twierdza w Sigiriya. Słyszałam już wcześniej o tej słynnej wapiennej skale, która wyrasta w środku równiny i bardzo chciałam ja zobaczyć.

IMG_7129

Twierdzę na szczycie skały wybudował w V w. Kasypa, królewski syn z nieprawego loża, który zabił ojca żeby zdobyć koronę i ukrył się na skale przed zemstą brata, prawowitego następcy tronu. Byliśmy jednak nieco przerażeni, kiedy przewodnik powiedział nam, że skala otoczona jest przez potężne gniazda os i szerszeni, które podrażnione hałasem mogą zacząć atakować turystów w wielkich rojach. Wyruszyliśmy na zdobycie twierdzy z adrenalina w plecaku (dla alergika Wincenta) o 6 rano licząc na to, że owady będą jeszcze spały. Była to bardzo dobra decyzja, bo podejście było dość wymagające i pokonanie długich schodów w pełnym słońcu byłoby na pewno trudne. Widok z góry był naprawdę niesamowity i byliśmy pod wielkim wrażeniem artystycznych walorów twierdzy w kształcie lwa ozdobionej pięknymi freskami, gdzie król banita otoczony haremem doświadczał wszelkich wygód.

IMG_7137

Ale to, co zachwyciło nas najbardziej w tym kraju to kontakt z naturą i bogactwo dzikiej przyrody. Nie nudziliśmy się jadąc samochodem, bo kierowca co chwilę wypatrywał i pokazywał nam kolejne gatunki kolorowych ptaków. Pomiędzy palmami przechadzały się pawie, po drzewach skakały małpy, na mokradłach roiło się od czapli i żurawi. Zobaczyliśmy dziesiątki słoni żyjących w parkach narodowych i na wolności. Pewnego wieczoru poczuliśmy się zupełnie jak w raju, kiedy po długim dniu zwiedzania kąpaliśmy się w ogromnym basenie a nad naszymi głowami w koronach drzew rozgrywał się film przyrodniczy Davida Attenborough. Mieliśmy nad sobą całe zastępy małp, kilka gatunków ptaków w tym tukana, dwa gatunki wiewiórek w tym słynną ogromną wiewiórę cejlońską (grizzled giant squirrel), która jest symbolem wyspy. Obok basenu po trawniku spacerował waran. Ten dzień zakończył się szczególnie dramatycznie, bo kiedy wracaliśmy z basenu te dziesiątki małp zeszło z drzew i obsiadło wszystkie ścieżki. Postanowiliśmy zejść ze ścieżki prowadzącej do naszego domku żeby zejść z drogi rodzinie bojowniczo wyglądającego makaka. Wtedy z drzewa zwiesił się pokaźny waż, którego wypatrzył Wincent i w porę ostrzegł mnie przed bliskim spotkaniem z gadem. Nadmiar widelife wpędził Wincenta w absolutną histerię, stwierdził że ocalił mi życie i że mamy natychmiast wracać do cywilizacji. Dał się wyciągnąć na kolację dopiero, kiedy przyszedł po nas pan z recepcji, oświetlał drogę latarką i szedł na czele, żeby brać na siebie spadające z drzew węże. Jedynie z samochodu Wincent obserwował też później tańczącą kobrę w koszyku Lankijskiego cygana. Jak się dowiedzieliśmy od Fernando, gra na fujarce zupełnie nie działa na kobry, które nie słyszą jej dźwięków a hipnotyzowane są raczej ruchem ręki. Byliśmy przerażeni będąc tak blisko groźnego gada choć ponoć dla pewności zwierzęta pozbawione są gruczołów jadowych.

IMG_7341

Staraliśmy się zdecydować, które bliskie spotkanie ze zwierzętami było najbardziej magiczne: czy obserwowanie wielorybów wynurzających się z morza, czy karmienie słonia i głaskanie jego trąby, czy pływanie z żółwiem morskim na rafie, czy może wyciąganie z piasku świeżo urodzonych z jajek żółwików w centrum ich rozmnażania. Dla mnie chyba najwspanialsze było pływanie z wielkim żółwiem morskim. Nie zostawiliśmy go w spokoju przed około pół godziny i nawet udało nam się go pogłaskać po skorupie, kiedy wypływał zaczerpnąć powietrza. Jak dowiedzieliśmy się w wylęgarni żółwików, skorupa żółwia jest wrażliwa i ku naszej radości, żółwie często nastawiały grzbiety do głaskania. Rafa wokół Pigeon Island, gdzie zobaczyliśmy żółwia w naturze, była dość poważnie zniszczona w czasie tsunami z 2014. Zrobiło mi się więc trochę smutno patrząc na tego samotnego żółwia, którego ścigaliśmy i który jak samotny sputnik wolno płynął nad cmentarzyskiem korali. Przyroda na całej planecie umiera, jak dowiedzieliśmy się ostatnio z serialu Nasza planeta „widelife” na ziemi w ciągu ostatnich 50 lat zmniejszyło się o 60%.

IMG_7642

Bliski kontakt z kolejnym zagrożonych gatunkiem – słoniem też był niezapomniany. Wszyscy mieliśmy wielka frajdę karmiąc słonie owocami patrząc w ich niesamowite mądre i dobre oczy. Przy bliskim poznaniu trąba słonia jest naprawdę niesamowita – to jakby oddzielne zwierzę, żyjące własnym życiem.

 

Po naszej wspaniałej podroży, chyba najlepszej w ciągu dwóch lat w Azji, bardzo przeżyliśmy zamachy na Sri Lance. Te wydarzenia na pewno wpłyną negatywnie na turystykę w tym pięknym kraju, który jest pewnie jednym z niewielu ostatnich miejsc na ziemi z tak bogatą i różnorodną dziką przyrodą. Naprawdę czujemy się bardzo “lucky”, że udało nam się w porę te wszystkie cuda zobaczyć.

IMG_7585

 

 

Wietnamska gimnastyka języka

Już ponad rok mieszkamy w Wietnamie, a nadal, nawet w najprostszych sytuacjach nie potrafimy się porozumieć po wietnamsku. Banalna czynność jak podanie naszego adresu często nas przerasta i nasz rozmówca przechodzi na łamany angielski.

Marne pocieszenie: każdy cudzoziemiec ma ten sam problem. Wielu z naszych znajomych mieszka tu od wielu lat, a ich zasób słownictwa jest na poziomie wietnamskiego dwulatka.

Nie ma żadnej przesady w tym, że wietnamski jest uważany za jeden z najtrudniejszych języków świata.

Co sprawia, że tak trudno opanować wietnamski?
Na dobry początek alfabet, w którym występują trzy litery ‘A’ i ‘O’ oraz dwie różne ‘E’. Ok, różnica jest jeszcze możliwa do usłyszenia. Ale gdy do tego dołączymy sześć możliwych tonów, nagle okazuje się, że ten sam wyraz może być wymawiany na kilkanaście sposobów, w zależności od litery/tonu! Tony oznaczają różną wysokość dźwięku, różną długość oraz różną intonację. Tutaj potrzeba już muzycznego słuchu, o pomyłkę bardzo łatwo.

Dlatego lekcje wietnamskiego to ciągła gimnastyka języka: starając się o odpowiednią intonację otwieramy usta, szczęka do przodu, wciągamy powietrze i już możemy wymówić jedną sylabę. Teraz język do podniebienia, wypuszczamy powietrze nosem i wymawiamy kolejną, przy okazji ‘połykając’ ostatnią literę. Przypomina mi się liceum, kiedy spędzaliśmy godziny na powtarzaniu francuskich „e”, „é”, „è”. Cóż, przy wietnamskim to była bułka z masłem…

Jak już wydaje nam się, że tony mamy w miarę opanowane, czas zabrać się za naukę słownictwa.

W XVII wieku francuski Jezuita, bazując na pracy portugalskich misjonarzy, przełożył wietnamski, zapisywany przez stulecia alfabetem chińskim, na alfabet łaciński. Początkowo używany tylko przez wietnamskich chrześcijan, na początku XX wieku stał się powszechnie obowiązującym alfabetem, umożliwiając każdemu Wietnamczykowi łatwy dostęp do edukacji.
Z naszej perspektywy sprawia to, że wiele wyrazów, które miały swoje osobne znaki w alfabecie chińskim, wyglądają i brzmią prawie dokładnie tak samo w zapisie łacińskim.
Do tego dochodzi jeszcze to, że w języku wietnamskim nie ma wiele wyrazów dłuższych niż dwusylabowe, co oznacza, że co chwile powtarzają się te same sylaby, tylko inaczej wymówione… Najdłuższy wietnamski wyraz ma ‘aż’ siedem liter. Ideałem wietnamskiego języka wydają się słowa takie jak „ô” czyli parasol.
NVUM1135

Oznacza to, że chcąc nauczyć się wietnamskiego ciągle natrafiamy na prawie te same wyrazy. Jedne z pierwszych, których uczą się cudzoziemcy, to owoce.

„dưa” to melon, „dứa” – ananas, a „dừa” to kokos. Czyli kokos jest smutny (dźwięk do dołu), a ananas wesoły 🙂 Takie pułapki zdarzają się cały czas: „ban” – czas, „bạn” – przyjaciel, „bán” – sprzedać, a „bàn” stół. Czyli przyjaciel sprzedał stół to po prostu: bạn bán bàn.

Takie pomyłki zdarzają się na każdym kroku: zupa ‘phở‘ czy ulica ‘ph‘, chcesz kupić jogurt ‘sữa chua‘ czy naprawić skuter ‘sửa chữa‘?


Mały zakres sylab sprawia, że wietnamski jest bardzo skodyfikowany. Nie wystarczy powiedzieć ‘jabłko’, należy powiedzieć ‘owoc jabłko’, albo do wyrazu ‘świnia’: trzeba dorzucić słowo ‘zwierzę’ lub ‘mięso’, żeby było jasne, o co dokładnie nam chodzi.

Przynajmniej gramatyka wydaje się banalnie prosta: nie ma odmiany czasowników, trzeba tylko oswoić się z inną składnią: np. zaprzeczenie pojawia się dopiero na końcu zdania. Dla frankofila część wyrazów wydaje się znajoma, zwłaszcza słowa dotyczące żywności, ubrań lub ‘nowoczesnych’ wynalazków.
 Ale i te wyrazy Wietnamczycy zapisują i wymawiają po swojemu: fromage zmienia się w „phó mát”, café w „cà phê”, a auto w „ô tô”.

Poza tym różnice kulturowe, które słychać już w pierwszym zdaniu. Wszechobecne ‘dzień dobry’, dla Wietnamczyka jest bardzo istotnym momentem ustalenia hierarchii: w zależności od wieku, pozycji społecznej, rodzinnych powiązań, zmienia się to jak odnosimy się do innych. Także bezosobowe ‘ja‘ zmienia się w zależności od tego, z kim rozmawiamy. Co prowadzi do kilkunastu możliwych kombinacji ty-ja. Żeby się lepiej odnaleźć i nie popełnić kulturowego ‘faux-pas‘ Wietnamczycy często już na wstępie wypytują się o wiek swojego rozmówcy. Dla nas jest to nieco przykre, że na początku rozmowy ustala się, szacując lub jawnie wypytując, różnicę wieku miedzy rozmówcami i potem zwraca się odpowiednim zaimkiem. Brzmi to trochę jak “dzień dobry stara babo”, “dzień dobry młody człowieku”, “czy starszy pan życzy sobie kilo jabłek?” itd.

W swojej rewelacyjnej książce ‘Vietnam Inc’ Philip Jones Griffiths wysuwa teorię, że język wietnamski jest ich tajną bronią, sposobem, żeby przez ponad 900 lat okupacji chińskiej, kilkadziesiąt lat francuskiej czy też wojny amerykańskiej, zachować swoją odrębność kulturową i obronić się przed najeźdźcami. Zdarzało się, że Wietnamczycy mogli spokojnie spiskować siedząc w tej samej kawiarni co amerykańscy żołnierze, którzy i tak nie mogli zrozumieć wiele więcej niż jaką kawę zamawiają. Nawet między sobą Wietnamczycy nie zawsze się dogadują – na Południu dialekt jest tak różny, że podobno rodowici mieszkańcy Hanoi nie potrafią zamówić poprawnie jedzenia w restauracji w Ho Chi Minh City lub w Hue.

Jest to naprawdę frustrujące, że po roku opanowaliśmy jedynie podstawowe owoce, warzywa i liczby. Mimo wszystko się nie poddajemy i czasami wpadamy w euforię, kiedy uda nam się odczytać jakąś etykietę. Może pod koniec naszego pobytu będziemy potrafili zamówić zimną kawę z mlekiem, powiedzieć taksówkarzowi, żeby zwolnił albo wytargować lepszą cenę na targu. Każdy moment kiedy Wietnamczyk rozumie o co nam chodzi jest bezcenny, bo już na następnym kroku spotkamy się tylko z typową reakcją: wyciągnięciem telefonu z Google Translate albo telefonu do przyjaciela, który mówi po angielsku 🙂
SJNQ6816

Krabi

Wykończona konfliktami w pracy, gdzie garstka expatów urządziła sobie niezły emocjonalny kocioł, przyjechałam na tajską plażę zupełnie bez sił i z bolącymi od smogu oskrzelami. Zlokalizowałam strategicznie położony pod drzewem leżak, z którego się właściwie nie ruszyłam przez pierwsze dwa dni. Rodzina zostawiła mnie w spokoju licząc na to, że kiedy wreszcie odzyskam siły zrobię się przyjemniejsza. Obserwowałam biernie jak kursują między morzem a basenem, a mi się nawet nie chciało ruszyć, żeby się wykąpać. Drugiego dnia leżak przestał być nawet wygodny i czułam, że jak tak dalej pójdzie zaczną mi się robić odleżyny. Wtedy poszłam na tajski masaż niesamowicie bolesny i zdecydowanie mało przyjemny. I kiedy chodziła po mnie ruda Tajka, która uprawiała skomplikowaną gimnastykę z użyciem moich kończyn i wbijała mi swoje łokcie i kolana we wszystkie mięśnie, postanowiłam, że wyrzucam wykrzywioną złością twarz mojej szefowej z mojej głowy na resztę wakacji. Moja relacja z Miriam poprzez ostatnie kilka tygodni stała się obsesją. Zasypiałam myśląc o tym, co mi powiedziała i budziłam myśląc o tym, jaką błyskotliwą, ale uszczypliwą uwagę zrobię przy najbliższej okazji. Zgodny tandem dwóch kobiet zamienił się w pewnym momencie w niezdrową rywalizację i grę ząb za ząb. Równouprawnienie kobiet nigdy nie nastąpi, jeśli kobiety będą takie dla siebie… Jak bardzo chore to się stało zorientowałam się, kiedy dzieci pytały mnie codziennie po przyjściu z pracy czy pokłóciłam się z Miriam i przybijały mi piątki, kiedy mówiłam, że tego dnia nie miałam okazji.
Po odleżeniu w bezruchu 48 godzin i po wypiciu niezliczonych świeżych kokosów pełnych dobroczynnych elektrolitów, wreszcie w trzeci dzień wstałam z leżaka czując, że znowu jestem sobą. Przez tydzień nie ruszyliśmy się za bardzo poza obręb zatoki, w której znajdował się nasz hotel. Ale była to wyjątkowej urody zatoka – chyba najspokojniejsza cześć wybrzeża Krabi. Na horyzoncie rozrzucone były urocze wysepki, które przyjemnie urozmaicały horyzont.

IMG_0487

Te wysepki o charakterystycznych kształtach bardzo przypominały nam krajobraz zatoki Halong. Chyba w wielu miejscach w Azji są takie właśnie charakterystyczne i bardzo malownicze cukrowe głowy, które są tak naprawdę dawnych dnem morskim. Kawałek od naszej zatoki był półwysep Relay, który dzięki obfitości tych wapiennych górek stal się światowym centrum wspinaczki.

IMG_5289

My obserwowaliśmy jedynie półnagich wspinaczy i podziwialiśmy okoliczne świątynki płodności.

IMG_0380

W tym miejscu wybrzeża są znaczne odpływy, więc co popołudnie morze odsłaniało kilometry dna morskiego, w którym jak się okazało mieszkały cale tysiące różnych gatunków krabów (może stad nazwa wybrzeża?). Cale szwadrony wypełzały co popołudnie wygrzać się na słońcu i poćwiczyć ruchy okazałych szczypiec. Dzieciaki spędzały godziny na wyszukiwaniu nowych gatunków i łapaniu ich w plastikowe butelki.

IMG_9933 copy

Wstyd się przyznać, ale leżenie na plaży i patrzenie na morze nigdy mi się nie nudzi. Dzieje się to na każdych “stacjonarnych” wakacjach. W pierwszych dniach myślę w popłochu, że umrzemy z nudów, przeglądam przewodnik i planuję w myślach wszystkie wycieczki, na które pojedziemy. Po kilku dniach niepokoju wpadam w dobroczynny letarg i potrafię wiele godzin spędzić na obserwacjach i życiu wewnętrznym. Po wyrzuceniu z niego Miram strumień świadomości zupełnie się uspokoił i przynosił wizje tak łagodne jak widok spokojnego morza. Z radością obserwowałam moje dzieci, które też po kilku dniach przestały narzekać na nudę. Zaczęły czytać samodzielnie książki, z własnej inicjatywy pisać wypracowania w zeszytach, robić zwierzęta z piasku i mikstury z okolicznych kwiatów. Wincent nawet urządził Zosi szkołę nurkowania, matematyki i organizował jej zręcznościowe sprawdziany, po których zdobywała kolejne tytuły, przeszczęśliwa, że brat wreszcie traktuje ją jak partnera.

IMG_0293

Ja najchętniej zajmuję się zawsze obserwacją ludzi. W naszym hotelu w tym terminie większością były emeryckie pary. Jak zawsze ze smutkiem patrzę jak takie pary w ogromnej większości spożywają posiłki w zupełnym milczeniu, spoglądając z rzadka na ekrany komórek. Może, co godzinę wymieniają zdawkową uwagę, pewnie na temat jakości jedzenia. Jednocześnie na pewno uważają się za niesamowitych szczęściarzy, że spędzają część emerytury w tak pięknym miejscu. Stoją czasem w triumfalnych pozach opalając pachy na stojaka myśląc pewnie “nieźle się dochrapałem po tych wszystkich latach harówy”.

IMG_0116

Obok nas często przysiadała para Niemców, która przychodziła rano na leżak z plecakiem pełnym piwa, które sączyli przez cały dzień. Nawet piwo nie rozwiązywało im języków, leżeli tępo i wpatrywali się w horyzont w ciszy całe dnie. Podobnie zachowywała się para Rosjan: typowa blondynka z obfitym biustem i brzuchaty pan z nalaną twarzą. Większość białych turystów spędzała dnie wysmarowana olejami opalając się, leżąc w rozkroku na piasku jak przypalone zwłoki. My baliśmy się tego ostrego słońca, chowaliśmy w cieniu i kąpaliśmy w koszulkach, ale dla nich ambicją było wyraźnie ciało na heban żeby zaimponować znajomym w środku zimy u Dusseldorfie albo Władywostoku.Najbardziej radykalna była w tym względzie grupa pokrytych tatuażami Norwegów. Ale w ich przypadku wydało się to bardziej usprawiedliwione, musieli się biedaki odmrozić i nasycić światłem słonecznym zanim wrócą do swych nocy polarnych. Patrząc jak się wytrwale opalają od świtu do zachodu słońca wydawało się, że ich ambicja jest zrównanie koloru skóry pokrytej tatuażem z resztą jej powierzchni.

IMG_0202

W przeciwieństwie do białych, azjatyccy turyści unikali słońca jak ognia. Piękne Chinki paradowały w powłóczystych sukniach do ziemi, w wielkich okularach i kapeluszach o powyginanych rondach. Kobiety Zachodu w pewnych wieku rozumieją, że wzory i falbany jedynie dodają ciała i wybierają kreacje o prostym kroju, które ukryją to i owo. Azjatki mają to szczęście, że ich drobne, smukłe figury pięknie się prezentują w koronkach i tiulach we wszelkie wzory układanych w kaskadowe falbany i okręconych kilkakrotnie wokół ciała. W tym warstwach zwiewnego materiału nadal zaznacza się wąziutka talia i z falban wystają jedynie smukłe ręce i stopy i długa szyja zwieńczona komiksową, azjatycką twarzą.

IMG_0013

Widać, że Azjaci są nowicjuszami w kwestii plażowania, bo nie za bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić. Jest to chyba dosyć nowy sposób spędzania czasu dla bogatych Chińczyków czy Wietnamczyków. Wykupują wprawdzie pokoje w najdroższych hotelach i dają się obsługiwać od rana do nocy, ale tak naprawdę nie zajmują się właściwym plażowaniem. Prawie nigdy się nie kapią w morzu i nie spacerują po plaży. Spędzają dużo czasu przy posiłkach zamawiając zawsze trzy razy więcej jedzenia niż są w stanie zjeść. Sączą piękne drinki z parasolkami ukryci w głębokim cieniu, a ich głównym zajęciem jest fotografowanie się w pięknych strojach i wyszukanych pozach. Nad morze wychodzą jedynie przy zachodzie słońca na kolejne sesje fotograficzne. Jak przekonujemy się też w Wietnamie, Azjaci mają absolutną obsesję na punkcie zdjęć.
Praktycznie cała plaża naszej pięknej zatoki zajęta była przez tzw. resorty. Przez to niestety miejscowi nie mają dostępu do swoich pięknych plaż. Oddali to piękno dla rzesz elegancko ubranych bogatych emerytów jedzących w milczeniu. Co smutne, najwięcej turystów rekrutuje się teraz z najbardziej chyba niemiłych nacji – Chińczyków, Niemców i Rosjan. Rodziny lokalsów przychodziły się wykąpać na odcinek plaży, przy którym toczyła się budowa pod pewnie kolejny ośrodek. Rozbijali obozowiska pod drzewami obok pracujących koparek.

 

Kiedy już naplażowaliśmy się za wszystkie czasy, w ostatni dzień dokonaliśmy nadludzkiego (dla mnie) wyczynu i wspięliśmy się na wierzchołek okolicznej góry. Podejście miało zabrać godzinkę, może dwie a była to żmudna prawie 4 godzinna wspinaczka przez dżunglę w upale.

 

IMG_0648

Widzieliśmy, co prawda po drodze jaszczurki, piękne motyle, ptaki i nawet okazałego warana. Musze też przyznać, że widok ze szczytu był naprawdę imponujący.

IMG_0661

Ja jednak wróciłam na poziom morza ledwie żywa i nie mogłam chodzić przez następne kilka dni. Nie ma jednak jak niczym niezakłócone plażowanie…

IMG_9139 copy

Betonowy Las

Bardzo cieszyłam się na wyjazd do Hongkongu, bo wcześniej słyszeliśmy wiele entuzjastycznych opinii na temat tego niesamowitego miasta wybudowanego przez Anglików na kawałku skały.

5E2C5FAC-BE1D-49AF-BF57-D32052BAEB87
Niewątpliwie panorama wieżowców wygląda niesamowicie imponująco z morza lub z górującego nad miastem wzgórza Wiktorii. Są wtedy jak gigantyczna, nowoczesna rzeźba, która szczególnie pięknie prezentuje się w promieniach zachodzącego słońca. Zdecydowanie gorzej jednak znaleźć się w jej środku.. Przyjechałam do Honkongu z bolącymi od hanojskiego smogu oskrzelami i z przerażeniem odkryłam, że powietrze w Honkongu nie było o wiele lepsze. Kupiłam wiec maseczki dla całej rodziny i ruszyliśmy chcąc nie chcąc na zwiedzanie. Na początku zaliczyliśmy obowiązkowy dla rodzin punkt programu – Disneyland, który chwilami zachwycał bardziej nas niż dzieci. Po całym dniu pełnym atrakcji takich jak szalone rollercoster’y przez Dziki Zachód, gofry w kształcie myszki Miki i parada postaci Disney’a, pojechaliśmy do centrum wyspy Hongkong.

96824CF5-22CF-4535-97EB-16BB7D98A517

Nieodpartym pierwszym wrażeniem było poczucie, że Hongkong nie jest miastem dla ludzi. Ludzi nie widać w ogóle na ulicach. W gąszczu niebotycznych wieżowców wiją się kręto drogi szybkiego ruchu w większości pozbawione chodników. Trzeba dopiero zadrzeć głowę do góry żeby zobaczyć ludzi jak pną się rozmieszczonymi pomiędzy wieżowcami ruchomymi schodami i krytymi kładkami nad autostradami. Mnóstwo przejść miedzy ulicami kryje się w niezliczonych centrach handlowych. W rezultacie trudno zorientować się jak dojść z punktu A do B. Trzeba znaleźć odpowiednią kładkę, która doprowadzi do pewnego centrum handlowego, przez które trzeba przejść do odpowiedniego wyjścia, żeby dojść do ruchomych schodów, które prowadzą do kolejnej kładki. Czuliśmy się zupełnie bezradni i często gubiliśmy trop. W dodatku człowiek na takiej wąskiej kładce tłoczy się w tłumie i marzy o otwartej przestrzeni. W pierwszy dzień klucząc w tej miejskiej dżungli, poczuliśmy niesamowitą ulgę, kiedy trafiliśmy wreszcie na otwartą przestrzeń.

7CCA4DD7-5338-427E-8EA5-6025317C7BCD

Plac wokół najstarszych zabytkowych budynków miasta nie jest może duży, ale wygląda jak bardziej konwencjonalna cześć struktury miejskiej. Może i to konwencjonalne, ale jak cudownie było przestać kluczyć z kładki na kładkę i usiąść na kawie na otwartym placu gdzie wzrok mógł poszybować trochę dalej niż na kilka metrów. Jakim dobrodziejstwem są jednak tradycyjne europejskie miasta z centralnym placem, alejami, którymi da się spacerować i budynkami rozsądnego rozmiaru. Wszystko wydaje się wtedy takie na ludzka miarę. Odczucie chodzenia po mieście takim jak Hongkong jest zupełnie inne. Człowiek zmniejsza się do rozmiaru mrówki i błądzi jakby w gigantycznej betonowej łące czy lesie. Same wieżowce, mimo że naprawdę oryginalne i wydawałoby się nawet piękne, nie przypominają siedzib ludzkich. Dopiero z bliska widać miliony maleńkich okienek, w których można dostrzec jakieś oznaki pobytu człowieka: wiszące pranie, doniczkę czy bladą twarz. Ale tych okienek jest tysiące i patrząc z daleka widać tysiące jednakowych cel czy komórek plastra miodu, w których pewnie toczy się życie.

9E16EAAA-614B-42A3-8ACF-4AACA1C0934F

Może futurysta albo architekt się tym zachwyca, ale ja dostaję gęsiej skórki na myśl o tym, że miałabym żyć w jednej z komórek takiej termitiery. Na dodatek z braku miejsca na skalistej wyspie wieżowce stłoczone są bardzo ciasno, co powoduje nie tylko klaustrofobię na dole wśród ulic, ale także oznacza, że większość mieszkańców ( oprócz szczęśliwców w pierwszej linii) ma widok na kolejne plastry miodu. W pokoju hotelowym na 26 piętrze mieliśmy z jednej strony imponującą panoramę zatoki a z drugiej upiorne podwórko z betonowymi wieżami stojącymi wydawałoby się na wyciągnięcie ręki.

7A04D8DD-0D95-4363-9F1A-B0225D375419

Poza nadniebnymi kładkami, ruch ludzki oczywiście odbywa się też pod ziemią w tunelach bardzo skutecznie rozgałęzionych linii metra. Nad ziemią jedynym bardziej normalnym środkiem transportu są tramwaje, ale nawet one wyglądają jak nigdzie indziej. Dwupiętrowe i niesamowicie wąskie maja nieodparty urok i przejażdżka nimi należy do jednej z głównych atrakcji miasta. Nie wiedzieliśmy jednak, że stanowią też pewnego rodzaju pułapkę. Kiedy przecisnęliśmy się przez wąziutki korytarzyk na pierwszym pięterku i wąziutkie schody prowadzące na drugi poziom z widokiem zostaliśmy potem dopychani przez kolejno wsiadających pasażerów na sam koniec pojazdu. Widok stamtąd był świetny, ale wydawało nam się, że tej drogi w tym szalonym ścisku nie da się pokonać z powrotem. Więc kilka stacji przed naszą planowaną wysiadką trzeba było powoli przesuwać się ruchem robaczkowym do wyjścia.

To, co nas trochę zniechęciło do miasta – to niezbyt sympatyczni mieszkańcy. Przyzwyczailiśmy się do ciepła i uprzejmości ludzi w Południowo-Wschodniej Azji. Niesamowicie grzeczni byli też ludzie w Korei i Japonii. Po przyjeździe do Hongkongu zrobiło się nam wiec mniej przyjemnie, kiedy widzieliśmy jedynie zimne, pozbawione uśmiechu twarze i spotykaliśmy się w najlepszym razie z obojętnością a czasem z wrogimi reakcjami. Tym samym potwierdziła się niezbyt korzystna reputacja Chińczyków.

BE2EFC43-3B2C-418D-B4F5-8DBEE75C4502

Z drugiej strony, to, co absolutnie zachwyca w Hongkongu to widoki z usytuowanych na wysokich piętrach a niekiedy na dachach restauracji i barów. Widok potrafi być obłędny i w dzień i w nocy. Szczególnie piękny jest widok w barach od strony lądu na wyspę Hongkong. Ale to, co podobało nam się w Hongkongu najbardziej to fakt, że bardzo łatwo z centrum miasta uciec i znaleźć się w pięknej naturze. Od strony lądu rozciągają się zielone i dzikie Nowe Terytoria z mnóstwem tras rowerowych i szlaków górskich. Promy rozwożą chętnych na okoliczne wysepki, po których można pochodzić, poplażować i nacieszyć oko dziewicza przyroda. Wystarczy nawet przejechać na druga stronę wyspy Hongkong żeby znaleźć się w sennej wiosce rybackiej Stanley i zapomnieć o zgiełku miasta. My przemierzyliśmy wzdłuż wyspę Lamme i był to chyba najpiękniejszy dzień naszego pobytu.

24BE7ACE-F128-4757-AF3E-DEE986B017FC

Zrozumieliśmy wtedy naszych przyjaciół z Hanoi, którzy wspominają z nostalgią swoje piękne życie w Hongkongu: weekendy spędzane w plenerze, a sobotnie wieczory w jednej z tysiąca restauracji, klubów ze wspaniałym widokiem na panoramę miasta. Dzięki nim zdołaliśmy zobaczyć w Hongkongu bardzo dużo, bo wytyczyli nam szczegółową trasę na każdy dzień i polecili gdzie skosztować hongkońskich specjałów. I mimo ciągłego gubienia się zdołaliśmy zrealizować ten plan w prawie stu procentach. I przekonaliśmy się, że słynne hongkońskie pierożki dim-sumy tylko w niektórych miejscach smakują obłędnie, kiedy cieniutkie jak bibułka ciasto ukrywa łyżeczkę rosołku-ambrozji i przepyszne nadzienie.

7F875366-378E-4778-8956-6EF59456F527